Ścieżki Wilczej Tęsknoty, Galiardki eldera, metysa z Milczących Wędrowców

Niektórzy opowiadali o rodzeństwie
które przeszło przez śmierć i tortury
Niektórzy opowiadali o kochankach
którzy skazali się na wieczne wygnanie
Niektórzy opowiadali o aniołach, które poświeciły wszystko
by być razem
prawda była inna...




2012-04-30 23:34:45 >> ognisko partyzanckie

Jak ćma. Jak ćma wabiona ogniem partyzanckiego ogniska. Szedł powoli, wbrew sobie.
Czuł osłony, czyu obecność wielu osób, mimo osłon. Ostre "stój" - nastoletnia dziewczyna z karabinem w dłoni. Na pewno prócz jawnych wart są ukryte, za duże obozowisko, Issa, by nie ryzykowała.
Podał kody. Wymiana haseł, dziewczyna pozwoliła mu wejść. Gdzieś ukryte cienie opuściły wycelowaną w niego broń.
Krąg ognisk, świateł. Pomarańczowozłota poświata. I partyzanci. Jej partyzanci. Rycerze Anioła Wolności.
Stał niezdecydowany, wiedział, że zarejestrowana została jego obecność, ale też wiedział, że poziom haseł, które podała mu Iss, dawał mu nie tylko wejście tutaj, ale i swobode działania, więc nikt do niego nie podchodził.
"Issy nie ma?"- spytał jakiegoś żywiołaka powietrza, czyszczącego broń.
"nie ma. Potrzebujesz czegoś?"
Chłopak nie wiedział z kim rozmawia, inaczej pewnie, by wstał, z szacunkiem skłonił się, albo padł na twarz.
Albo nie... tylko niedbale zasalutował.
Wilk przysypiający z głowa opartą na kolanach zielonowlosej dziewczyny podniósł lekko uszy. Potem powoli niechętnie wstał, przeszedł w ludzką. Ashatariyen skinął mu lekko głową, Tańczący na Skrzydłach Wolności był jednym z najważniejszych dowódców Iss.
"Coś ważnego masz do Wilczej?" - spytał Tańczący
"Nie... Chciałem... porozmawiać. Byłem można rzec  w okolicy... Pójdę już"
"Zostań, za kilka dni wróci."
"Nie... Nie powinienem..."
"Czemu?" - Tańczący podszedł do niego. Miękki wilczy krok, niewymuszona czujność w każdym ruchu.
Podniósł wzrok na wilkołaka i zdał sobie sprawę, że nie umie znaleźć slów. Obce emocje, uczucia obudzone w nim nie dawały mu spokoju, nie dawały się niczym zagłuszyć.
"Chodź do ognia, zjesz coś" - odezwała się zielonowłosa dziewczyna, która podeszła do nich.
"chętnie"- odpowiedział wbrew sobie
Dał im się poprowadzić do ognia.
"Nie powinienem tu być" - odezwał się wpatrzony w płomienie.
Nija podała mu miskę strawy.
"Czemu?" - zaniepokoił się Tańczący
"Mam na głowie wojnę...."
"A my niby nie? - roześmiał się niewesoło wilkołak - i zdradzę ci, że nawet tę samą co ty."
"Ross tu jest?"
"Nie, jest spory kawałek stąd. Trochę nas dużo, byśmy jedną bazę mieli."
Ashatariyen skinął głową, zamyślony.
"Ona wierzy, ze wygra te wojnę"
"Pamiętaj kim ona jest, nie może nie wierzyć. Nie może mieć wątpliwości..."
"Tak..."
Ona zniszczy ten świat, by móc go ocalić, poprzez smierć i oczyszczenie da nowy początek... Tylko, że tego nie wie... A on nie ma odwagi jej tego powiedzieć, więc będzie zasłaniać sie tym, że nie ma prawa jej o tym powiedzieć....
"Ash? Wszystko w porządku? jesteś cały?"
"Tak... Jestem" - i nigdy nie był bardziej w kawałkach psychicznie
Bystre spojrzenie Tańczącego. Dziewczyna chciała się wycofać, ale wilkołak ja zatrzymał.
"Tańczący... ty... jesteś szczęśliwy?"
"Tak"
"Ale... jak...?"
"jutro mogę być martwy, potem czeka mnie powrót przez piekło... Tyle mojego ile będę szczęśliwy nim stanie się coś złego. To chyba proste?"
"chyba, wilkołaku..."
"Ja jestem prosty ahroun, prosty partyzant. Walczę, to umiem. Cała reszta, którą niegdyś umiałem, znałem... Nieprzydatna, zapomniałem. Mam bron, amunicję, jestem wolny. Jestem ze swoimi i  moją Ukochaną. Czegóż mam chcieć więcej? Martwić się jutrem, którego mogę nie dożyc?"
"Oni... Jej rycerze... wasi ludzie... myślą podobnie?"
"Popytaj ich. Nie bój się ich. Jesteś dla nich jeszcze jednym straceńcem. Nie wiedzą kim jesteś,a nawet jakby wiedzieli, to wielu by to nie obeszło."
"Tańczący... - urwał, nie umiał, nie chciał kontynuować - czas na mnie."
"Nie... uwierz mi, że twój czas jeszcze nie nadszedł" -wtrąciła się do rozmowy Tums zza zasłony białych włosów Morta.
"Widziałabys moją śmierć?"
"Odczyt to odczyt." - odpowiedziała dziewczyna
Ahatariyen drgnął patrząc na nią.
Na szczęście w tych zwykle udręczonych srebrnych oczach. Na czułość w dotyku jej palców na dłoni swego męża, na miłośc do niego, którą zdawała sie promieniować, jaśnieć.
"To nie mój świat" - szepnął sam do siebie
Ale nie zrobił gestu, buy wstać i odejść.
Głodny. Spragniony ciepła. Ciepła tych ludzi. Istot, których zwykle nie dostrzegał...
Czy jego życie warte było takiej ceny?

skomentuj (0)

wyśniła Noc Wiecznej Wojny


2012-03-28 23:03:45 >> dla Jednorogini :)

Ashatariyen czuł się więźniem w swych własnych komnatach. Uczucia mu obce, uczucia nieznane zalewały jego myśli, dekoncentrowały. Nie umiał ich nazwać, nie umiał się odnaleźć. Pamiętał łagodne spojrzenie czarnych oczu, gdy odzyskał porzytomność. Nie pamiętał co mówiła, pamiętał ciepły dotyk jej dłoni. Pamiętał blask jej oczu... I tęsknił za tym. Chyba to co czuł nazywa się tęsknotą.
Zawsze odległy, chłodny tęsknił za dotykiem, za ciepłem. Tyle tysięcy lat było mu to obce, niepotrzebne... Burzyło idealny wizerunek anioła, który nosił w swym umyśle.
Wbrew sobie sięgnął do zwierciadła. Wywołał obraz świata, gdzie powinna być Issa i sięgnął do niej. Pustka. Jakby dzieczyny nie było tam, ani jej ludzi. Zaskoczony wyczuwal. Issa nie była tak dobra w magicznych kostruktach, by ukryc się przed nim... Nie... Ale była Aniołem Wolności i przysięgała tamtej ziemi ją bronić, więc ziemia ja broniła...
Sprytnie.
I tak bardzo w jej stylu.
'Ashatariyen?' - musiała wychwycić jego próbe kontaktu
Zawahał się, nie wiedział co odpowiedzieć.
'Jesteś ze swoimi ludźmi?'
'Nie do końca. Ale jak chcesz sie pojawić' - podała namiar
Tak zwyczajnie, bez pytań.
'dam znać' - rozwiał kontakt
Chciał się pojawić. Tak rozpaczliwie chciał się pojawić...
skomentuj (1)

wyśniła Noc Wiecznej Wojny


2012-01-07 20:42:22 >> Ashatariyen

Obserwował ją jak weszła do komnaty.  Nie był zdziwiony, że odpowiedziała na jego wezwanie. Nie pasowała do pałacowych pokoi, ubrana w za dużą skórzaną kurtkę, z karabinem niedbale przewieszonym przez ramię. Ciekawe ile ma ukrytej broni…

Nie rozejrzała się, od razu podeszła do niego. Nie musiała się rozglądać, na pewno i tak oceniła już całe pomieszczenie, nawykła do nieużywania wzroku… Przez ile lat walczyła oślepiona…? Nie pamiętał…

„Witaj” – przyklękła przy jego łóżku. Poczuł dotyk jej ciepłych palców na swojej lodowatej dłoni.

„Trucizna… Specjalna na nas...” – wyjaśnił cicho.

Skinęła tylko głową. Nie cofnęła dłoni.

„Moja magia jest bezsilna. Cała moja wiedza mówi tylko tyle, że już po mnie…”

Milczała długo, chyba ciągle wyczuwając. Mógł z bliska patrzeć w jej bladą twarz, ciemne cienie pod oczyma. Ostatni czas musiał nie być dla niej łatwy. Czy jakikolwiek czas dla niej mógł być łatwy? Od ilu lat była uwikłana w tą wojnę, wojnę, którą chyba w końcu przegrają. Gdzie popełnili błąd, że zatracą to, czego mieli strzec? Kiedy przypieczętowali własną klęskę? A może wbrew wszystkiemu jest jeszcze jakaś nadzieja. Skoro i tak umierał, może byłby w stanie, poprzez rytualną śmierć im pomóc? Choćby kupić trochę czasu?

„Jestem w stanie cię uratować.” – jej słowa wyrwały go z myśli.

Chwilę patrzył w jej płonące czernią oczy, zaskoczony, niedowierzający.

„Jaka jest cena?”

„Nie magia cen.” – odpowiedziała potrząsając głową, jej włosy pachniały dymem.

Zawahała się, jakby szukając słów.

„Muszę przeprowadzić cię swoją drogą. Jeśli… jesteś na to gotów?”

„Nie rozumiem…”

„Trucizna… bazuje na tym co zna, co rozpoznaje… Jest dobrana do ciebie, do twego sposobu myślenia. Jestem w stanie z niej oczyścić, ale muszę przefiltrować twoją energetykę przez swoją.”

„Szaleństwo albo śmierć?” – spytał cicho

„Obawiam się, że tak.”

Milczał długo, patrząc w jej oczy.

„Chyba wolę być żywym szaleńcem… Może łatwiej pogodzę się z klęską.”

„Nie pogodzisz się z nią.” – odpowiedziała cicho.

Oparła dłoń na jego czole i….

Stanęli na skale. Wściekły wicher szarpał ich włosami. Drobinki piasku, czy może lodu kaleczyły jej twarz, domyślał się, że na jego skórze też znaczą cieniutkie krwawe linie.

„Chodź”  - wyciągnęła ku niemu dłoń

Poprowadziła go. Skalną krawędzią, nad morzem spienionego ognia, nad rozszalałym oceanem wody na którym niczym szczątki okrętów unosiły się myśli i uczucia, losy… Jeszcze przez moment, te ułamki sekund nim ulegały kipieli i ginęły roztrzaskane o skały, pogrzebane w głodnej toni wodnej. Krzyk dusz błagających o zmiłowanie, dłonie próbujące ich schwytać, w niemej prośbie, w niemej nienawiści, w pragnieniu zbawienia i zemsty…  Masowe groby poplątanych przeznaczeń na polach bitew, przykrywane pośpiesznie strzępami sztandarów… Gniazda bólu w oblężonych miastach zmienionych w cmentarze.  Nieopisywalny koszmar obozów, wymykający się szczęści śliwie jego percepcji…

I nadzieja… Ta szalona, całkiem straceńcza nadzieja, która każe z nożem rzucić się na czołg, która zmusza by podpalić rozbitą w dłoni butelkę z benzyną, która nakazuje wpisać kody autodestrukcji i skierować się w śmierć w roli sterowanego pocisku…

Szaleństwo, które każe walczyć, wbrew rozsądkowi, wbrew… wszystkiemu…

I ona

Anioł Wolności

Tańcząca na krawędzi

Tańcząca między życiem a śmiercią, z równą łatwością odbierająca życie jak i je ratująca

Splot przeciwieństw

Jedność stworzona z zaprzeczeń w ciągłej walce

W ciągłym tańcu…

Oznaczenia na jej mundurze zapłonęły srebrnymi ognikami i nagle zrozumiał

Zrozumiał kim ona jest

I jej rycerze

Zrozumiał sens srebrnych znaków

Rozpoznał je

Po tylu wiekach

Wiedział…

I był pewien, że ona nie wie

Czytał to w jej oczach, gdy zwróciła wzrok na niego, czytał to w jej twarzy, w jej gestach…

„Issa…: - wyszeptał wstrząśnięty, próbując za wszelką cenę odepchnąć od siebie świadomość.

„Ashatariyen” – jego pseudonim

Coś więcej

Imię jakie mu nadała

Imię pod którym się odrodził

Poprzez śmierć

Poprzez szaleństwo

Gdy jego uporządkowany świat runął, gdy pozwolił porwać się jej intencjonalnej magii, magii emocji, magii szaleństwa

Gdy uczynił krok w jej świat bez definicji, bez ograniczeń

W świat, którym władają krew i miłość

I ich córka – nadzieja.

 

 


skomentuj (0)

wyśniła Noc Wiecznej Wojny


2011-12-28 21:59:09 >> jak się uzdrowiciel raz ujawni...

Mały pokoik na poddaszu. Podeszłam do siedzącego chłopaka na krześle. Oczy ma ciągle zawiązane. Obok niego stoi dziewczyna, opiera mu dłoń na ramieniu. Czuję, widzę przestrach w jej zasłoniętych oczach...
"Nie bój się" - automatycznie przyjmuję właściwy ton głosu.
Zdjęłam obojgu opaski z oczu.
"witajcie. Jestem Issa" - trochę nie wiem co powiedzieć.
"uzdrowicielka...?" - nadzieja w głosie dziewczyny.
Potwierdziłam ruchem głowy.
Oparłam obie dłonie na ramionach chłopaka. Ratunku! Ja mam go zdiagnozować?! Lekka panika, gdy umysł stara się sobie przypomnieć nigdy nie używane wiadomości ze studiów. Czy ja kiedykolwiek uczyłam się medycyny nastawionej na ludzi?? Zaraz, spokojnie, ja go mam uzdrowić. Nikogo nie interesuje co mu jest. Uzdrowić.
Od razu łatwiej. Fale energii przepływającej przeze mnie. Oczyszczenie, uzdrowienie...
Sięgam w niego,  w jego ciało, energię, duszę...
Poddaje mi się, bardziej niż którykolwiek z moich, nie ma naturalnych osłon... Tylko tą nieśmiałą nadzieję... Nic więcej...
Cofnęłam się o krok, strząsając włosy na twarz.
"będzie dobrze... jest dobrze" - odezwałam się miękko, łagodnie. Oszołomiona tym jakie to było... łatwe.
"dziękuję, Pani" - wyszeptał.
Chciałam coś odpowiedzieć, ale rozległo się ciche pukanie do drzwi.
Kruczoskrzydły bez słowa znalazł się przy nich, dłoń na rękojeści noża. Znaczy tylko ja wiem, że on ma tam nóż.
Otworzył drzwi.
Istota otulona jasnym płaszczem, twarz skrywająca kapturem.
"Pani... jak dobrze, że użyłaś swej mocy, że mogłam cię odnaleźć" - cichy głos, niczym szum wiatru. Żywiołak powietrza.
"kto umiera?" - gorzkie pytanie, ale tacy posłańcy jak ona z innych powodów mnie nie szukają. A na pewno nie śledzą po uzdrowicielskiej mocy. No tak, uzdrawiałam też duszę... Dlatego mnie wyczuła.
"Mój Pan"
Nie, to nie możliwe... Nie mówi o... NIM?!!
"tak, pani, nie mylisz się"
Spojrzałam na Kruczoskrzydłego.
"Idź... Zajmę się wszystkim..."
"Pomożesz Saendowi?"
"Z wielką przyjemnością" - odpowiedział z paskudnym uśmiechem, który wyjaśnia, czemu w tak wielu miejscach jest ścigany...
"Prowadź" - zwróciłam się do posłańca - wybaczcie - rzuciłam do mocno oszołomionej dwójki i poszłam w przejście utkane z wichru.
skomentuj (0)

wyśniła Noc Wiecznej Wojny


2011-10-24 11:27:14 >> Knajpa morderców

Niewielki budynek. Wysoki płot wokół niego, ale to nie on strzeże tego terenu. Widmowe psiska uniosły łby patrząc ciekawie na przybyłego. Zawęszyły podejrzliwie. Gość wyciągnął dłoń ku nich, pachniał śmiercią. I walką i krwią.

„Przybywam w pokoju” – odezwał się głośno.

Jeden z psów podszedł do niego. Zaskoczony, że został zauważonym.

Poczuł dotyk ciepłych palców, które zanurzyły się w skłębioną, lekko zjeżoną sierść na jego karku. Dotyk Anioła Śmierci.

Przechylił łeb niezdecydowany. Wiedział, że nie ma szans z przybyłym, ale to nie był powód by nie podjąć walki. Powodem była deklaracja gościa. Puścił go.

Mężczyzna skierował się do drzwi Ostatniego Domu, jak nazywali karczmę Przeklęci.

Gość zatrzymał się w progu zadymionego pomieszczenia promieniującego przyjemnym ciepłem i zapachem jedzenia. I energią ochronną. Przekroczył próg, starannie się rozejrzał. Kilka osób spuściło wzrok pod jego spojrzeniem. Emanowało z niego niebezpieczeństwo. Miękkim tanecznym krokiem szermierza skierował się ku jednemu ze stołów. Na szerokiej ławie siedziała czarnowłosa dziewczyna w za dużej na nią skórzanej kurtce.

Poderwała się teraz. Kilka osób nerwowo sięgnęło po broń zaskoczonych gwałtownością jej reakcji. Ale jej uśmiech sprawił, że palce cofnęły się już spokojnie od noży i pistoletów.

„Kruczoskrzydły!”- miękkim skokiem wylądowała przed nim.

Zamknął ją w swych ramionach.

Przeklęci stracili już zainteresowanie tą parą. Spotkania tutaj, w Ostatnim Domu były jego nieodłączną częścią.

 

„Chcemy tu zostać na noc?” – spytał Kruczoskrzydły

„Tak. Lepiej mieć dach nad głową jak się uzdrawia. Przywiozłeś ich?”

„Tak. Nieprzytomnych tak na wszelki wypadek. Ciekawe miejsce… schron właściwie.”

„Miejsce jak miejsce – wzruszyła ramionami – pieski mają słodkie”

Powiedziała to dość głośno, siedzący najbliżej nich mężczyzna ze zgrozą popatrzył na nich.

„Duchy Strażnicze? Widzisz je??” – wyszeptał wstrząśnięty

„Tak. Co w tym dziwnego?” – odwróciła się ku niemu.

„Nic…. Znaczy wszystko. Legendy mówią, że tylko naznaczeni przez Kostuchę je widzą.”

Roześmiała się lekko, potrząsając głową, włosy lekko opadły jej na twarz.

„Jestem naznaczona” – odpowiedziała lekko

‘Ja to nazywam zaobrączkowaniem’ – myśl Kruczoskrzydłego

"to akurat przez jej anioła' - również odpowiedziała w jego myślach



skomentuj (0)

wyśniła Noc Wiecznej Wojny


2011-09-25 13:11:57 >> Lanni

Duży, terenowy samochód z postrzelaną miejscami karoserią, bez jednej z bocznych szyb, zatrzymał się przed Milczącym. Wyskoczyła z niego może 16-letnia dziewczyna o ciemnych włosach w nieładzie spadających jej na twarz, oczy.
"jesteś sama?"- zdziwił się wyraźnie Milczący.
Zdmuchnęła za długą grzywkę z oczu.
"Tak. Thomas był zajęty. Użyłeś błękitnego kodu, więc chyba jedyne co mogłam zrobić to przyjechać"
"Odwołałem..."
Nie dała mu skończyć mówić.
"wiem. Ale... chciałam dowiedzieć co się stało. O... kogo chodziło. Odwoływanie takich kodów źle się kojarzy"
Lekko uśmiechnął się.
"nie tym razem. Uzdrowicielka. Jakimś cudem pozbierała się sama"
Dziewczyna lekko gwizdnęła.
"Już jest Przeklętą, domyślam się. Swoją drogą nieciekawe wieści o tobie krążą. Plotki, że zostałeś schwytany"
Nie odpowiedział, gestem zapraszając ją na stopnie prowadzące w dół do schronu.
"to my. Nie strzelaj" - zawołał jeszcze
Lanni zręczni zsunęła się na dół, bardziej korzystając z poręczy niż ze stromych schodów.
W półmroku pomieszczenia oświetlanego tylko płomieniem lampki oliwnym ktoś trwał, celując niedbale z pistoletu.
"Issa, to jest Lanni - poznajcie się"
Nieznajoma schowała broń za pasek od spodni.
'Nosi się jak komandos' - pomyślała Lanni
Ciekawe czy to już nowa kochanka Milczącego... W sumie związanie się z uzdrowicielką to ze strony nieformalnego przywódcy Przeklętych bardzo trafne posunięcie..
Uścisnęła jej dłoń w krótkim geście powitania.

Ból zawirował wokół niej. Chaos obrazów.
Idealnie czarne oczy... blizny po wypalonych oczach wpatrzone w nią
Krew zdobiąca cienkimi strużkami twarz, dłonie
Usta poruszające się w jakimś zaklęciu
Postrzępione, podarte skrzydła żałośnie trzepoczące się na wietrze niczym podarte chorągwie
Ciężki popiołem deszcz wsiąkający we włosy
Papierowa podarta figurka na tle płonącego miasta

Śmiech jak ból
Jak krzyk
Milczenie, które jest krzykiem
Gdy skatowane ciało pragnie już tylko śmierci
A umysł zaklęty jest w mantrę niemówienia

W poranionych pokrawionych dłoniach skryty okruch tętniący życiem
Nieśmiały, wątły płomień nadziei osłaniany czule
Ciepły uśmiech pokrawionego serca dla swoich
Opiekuńcze skrzydła rozpostarte nad nimi niczym osłona, łapacz kul...

Cudowny smak miłości..

DOŚĆ
Lanni świadomie zerwała wizję.
"Kim jesteś...?" - wykrztusiła, wpatrując się w nieznajomą.
Wyglądała normalnie, gdyby nie te oczy jednej barwy. Wyższa sporo od Lanni, ale to akurat nie było niczym dziwnym, za blada, pewnie zbyt szczupła, ale..

Lanni potrząsnęła głową.
"przepraszam... czasem widzę coś... gdy dotykam ludzi"
"to ja przepraszam. Pewnie nie było to miłe"- delikatny uśmiech
Tak bardzo podobny do tego z wizji, tak bardzo.... pasujący do niej, jej....
"Noc Wiecznej Wojny" - imię nagle samo pojawiło się w umyśle Lanni
"znasz ją?" - pytanie Milczącego
"nie, Saend." - odpowiedziała Lanni - nie wiem... czy spotkanie to ma mnie napawać nadzieją czy grozą... ale cieszę się, że trafiłaś do naszych schronów jako nasz sojusznik... Saend... ta dziewczyna to skarb! Istny skarb! Wreszcie, dzięki niej, może przestaniemy ciągle przegrywać!"
"Przykro mi, Lanni. Ona ma swoją wojnę..." - odpowiedział cicho
skomentuj (0)

wyśniła Noc Wiecznej Wojny


2011-09-11 08:31:51 >> goście

"problemy?" spytał  Milczący obserwując siedzącą na materacu dziewczynę.
Potrząsnęła głową.
"chyba nie. Mój mąż pojawi się tutaj po mnie. Potrzebuje uzdrowiciela dla kogoś."
"Kogoś?"
"Nie znam osoby..."
"Brzmisz na zaniepokojoną?"
"Nie czuję się pewnie przy chorobach... Znam się na leczeniu ran i ewentualnie zakażeń przyrannych. Uzdrowiciel polowy ze mnie i tyle."
"Ale nie pracujesz w szpitalu polowym?"
Potrząsnęłam przecząco głową.
"Wykończyłabym się... Nie umiem odpuścić... Nie umiem przestać walczyć... Lekarz może powiedzieć, że zrobił wszystko co w jego mocy... W ustach uzdrowiciela to... jest kłamstwem... Jeśli może jeszcze mówić, znaczy nie zrobił wszystkiego..."
"Bo zawsze można przejąć, tak?" - pytanie
"chociażby. Jest wiele metod, które nie są już bezpieczne... A... - urwałam - myśląc na trzeźwo ja nie mam ochoty umierać za kogoś mi zupełnie obcego..."
"to o mówisz jest kompletnie ze sobą sprzeczne, wiesz? Przejmujesz obrażenia od zupełnie ci obcego zakatowanego więźnia a potem mówisz takie bzdury?"
"Mówiłam o myśleniu na trzeźwo a nie o walce" - uśmiechnęłam się blado
"Nie wiedziałem, że anioły umierają..." - zmienił temat
"Przechodzą przez własne piekło wracając- odpowiedziałam cicho - przynajmniej takie jak ja..."
Chciał coś powiedzieć, ale jakieś czujniki zapiszczały.
"Mamy gości" - rzucił
Sięgnęłam po broń.
"Spokojnie, znają kody, to niemal na pewno moi. Wzywałem pomoc przecież. Zaczekaj tutaj, wyjdę im na przeciw"
"Wolałabym iść z tobą" - mruknęłam
"Ale ja wolałbym by cię ktoś przypadkiem nie zastrzelił. Jakoś nie mam ochoty rozmawiaćz twoim mężem nad twoimi zwłokami.Nazwij to dbałością o własne bezpieczeństwo"
Roześmiałam się cicho.
"Opowiedz sę wracając" - mruknęłam.
Skinął głową i poszedł.
Oparłam dłoń z pistoletem na kolanach, niezbyt nachalnie celując w drzwi i czekając...
skomentuj (0)

wyśniła Noc Wiecznej Wojny


2011-09-06 00:16:33 >> kontakt

Rozglądał się po przyczepie kempingowej stojącej na jednym z licznych parkingu wokół miasta.
"to naprawdę twój dom?" - spytał dziewczyny
Potwierdziła.
Dziwnie się uśmiechnął. Nie powinien w sumie komentować niczyjego domu, skoro jego domem, było partyzanckie ognisko.
"co tam robiłaś? to niebezpieczna dzielnica, zwłaszcza o tej porze"
Te wszystkie potępione duchy, które tam widział tylko potwierdzały jego przypuszczenia.
"Potrzebuje pieniędzy. Desperacko potrzebuję..."
"Czemu?" - spytał łagonie.
Patrzył jak bandażuje sobie uszkodzną kostkę.
"Mój brat... - odezwała się cicho - jest chory. Bardzo chory. Potrzebuje rytuałów uzdrawiających a one są drogie. Nie stać nas na to, więc zaczęłam kraść..." - nie podniosła oczu na swego wybawcę.
"Znam dobrego uzdrowiciela..." - powiedział zamyslony Kruczoskrzydły. Issa nie była może najlepiej wyszkolona w leczeniu chorób, ale z drugiej strony trudno było znaleźć potężniejszego uzdrowiciela od niej.
"tylko, że muszę ją znaleźć" - dodał na głos.
"Jak źle jest z twoim bratem?" - spytał niedoszłą ofiarę, dotykając jej ramienia.
"mam gdzieś dokumentację medyczną..."
"nie o to pytam, ja sie na tym kompletnie nie znam. Ile mu zostało czasu?"
"Nie wiem"
"To nie wiem jest liczone w godzinach, dniach, tygodniach?"
"Najszybciej w tygodniach. On nie jest przykuty do łóżka..."
"Czyli mamy czas" - odezwał się głośno - odpocznij"
"a... przepraszam"
"co? o co chciałaś spytać?"
"o nic" - przecież nie zaproponuje mu noclegu, jakby to mogło zabrzmieć...
Skinął głową i wyszedł.
"Iss?" - sięgnął ku swojej ukochanej.
Cienie kontaktu.
"Iss, jesteś potrzebna" - myśli układające się w słowa.
Słaba wygłuszona odpowiedź.
"Co się dzieje? Co jest potrzebne?"
"Uzdrowiciel"
"Jesteś ranny?" - wraz z jej emocjami kontakt sie wzmocnil
Mimowoli usmiechnął się., Nie dziwił się jej panice. Gdyby był ranny niechętnie prosiłby o jej pomoc. Skontaktowałby się z nią, gdyby umierał... Ale wtedy pewnie ona by to wyczuła i znalazła się przy nim.
"Nie. Mi nic nie jest, ale jest ktoś chory komu chciałbym byś pomogła"
"zawsze. Mam natychmiast się pojawić? Nie otworzę przejścia na takim śladzie. Za słaby."
"Wiem. Nie... Masz czas. Chory nie ranny"
Gorzki uśmiech.
"Skąd pewność, że dam radę"
"nie obiecałem, że uzdrowisz, obiecałem, że wezwę uzdrowiciela, który nie będzie chciał pieniędzy."
"dobrze... Pojawię się. Ale daj mi dzień dwa... na razie... nie chcę uzdrawiać"
"cos tobą?!"
"wszystko dobrze, tylko jestem osłabiona... Pojawisz się konwencjonalnie po mnie?"
"Nie wyłapię twojego namiary. Chroniony."
"Przejdź na to miejsce - podała mi namiar
"Przyjadę. Wolę nie otwierać przejścia."
"Będę czekać" -  w jej myślach tęsknota i miłość.
Usmiechnął się do siebie i uciekł przed wielkomiejskim tłumem na najbliższy dach.
skomentuj (1)

wyśniła Noc Wiecznej Wojny


2011-06-01 11:14:55 >> anioł wolności przymoim stole

Anioł Wolności?!!
Anioł Wolności siedzący na łóżku  w jego schronie, grzejący dłonie o kubek gorącej czekolady. Anioł Wolności wyglądający na niespełna 20 lat... Anioł Wolności... Anioł, który ocalił go z Cytadeli... Anioł, kóry omal nie umarł przez, nie - dla niego...
Czuł na sobie jej spojrzenie, spokojne, trochę smutne, trochę łagodne.
"Mówiłaś coś o jakimś sztabie...?" - odezwał się wreszcie
Tyle miał do niej pytań, tyle wątpliwości, zagwostek. Zaczął od tego co wydawało mu się najprostsze.
"Tak. Dowodzę partyzanckim oddziałem... tylko nie wiem, czy w tym świecie" - dodała z wahaniem.
"Masz na myśli za Zasłoną?"
"Nie wiem. Nie umiem odnieść swej wiedzy do twojego nazewnictwa.Musiałabym powyczuwać, a ten bunkier skutecznie izoluje przed tym co na zewnątrz. Podróżuję między światami. Nie wiem, czy Zasłona oddziela was od innych światów, a tylko to co złe pzychodzi tu na żer, czy też Zasłona oddziela was od konkretnych światów, na przykład demonicznych albo zniszczonych przez Wiry. Sama Cytadela... mogłaby być ich dziełem, była... zbyt idealna w swym okrucieństwie..."
"Miała jakiś system utrzymywania więźniów przy życiu, prawda?"
"Tak...  - przmknęłam oczy - ale Śmierć miała tam dostęp"
"O czym mówisz?"
"Widziałam kiedyś filtr, więzienie - poprawiła się - gdzie Śmierć nie miała dostępu. Nikt tam nie mógł umrzeć." - wyjaśniła.
Przeszedł go dreszcz.
"Znikąd ocalenia...?" - wyszeptał
"Znikąd. Wiry żywią się bólem. Im zaprzysiężeni zdobywają dla nich krainy, światy i niszczą je. I idą dalej, czasem zostawiając tylko popioły czasem jakieś więzienne struktury żądzone przez zasłużonych. Zaraza, szarańcza"
"Dlatego ty, anioł z nimi walczysz?" - wyszeptał wstrząśnięty
Zaczynał rozumieć, obraz zaczynał układać się w całość. W przerażającą całość.
"Tak." - odpowiedziała cicho - ze swymi Rycerzami" - dodała miękko, zdradzając, że wielu z nich dla niej coś znaczy...
"A twój mąż?"
"Jeśli cos występuje przeciw śmierci wchodzi w jego jurysdykcję - lekko potrząsnęła głową - to oficjalna wersja... naprawdę... naprawdę każde znas inkarnowało się w innym świecie, bez anielskiej pamięci i mocy i zderzyliśmy się z Zaprzysiężonymi. Potem... potem zostaliśmy ponownie powołani do Służby. A wtedy byliśmy już oboje partyzanckimi dowódcami i... uważano nas za rodzeństwo. Rodzeństwo w Mocy, a my... nie zaprzeczaliśmy" - uśmiechnęła się delikatnie
"Lubisz zaciemniać swój obraz?"
"Bezpieczniej"
"Czemu mi ufasz? Czemu mi pomogłaś?"
"Potrzebowałam kogoś, kto by mnie ubezpieczał. A skatowani więźniowie zwykle nie mają nic do stracenia i są gotowi zwiewać jeśli tylko są w stanie. Połowa, jeśli nie więcej mojego oddziału rekrutuje się z byłyc więźniów... A dlaczego ufam...? Wzbudzasz zaufanie."
"Jak mnie wyłatałaś?"
"Nie wyłatałam. Przejęłam"
"Co?!!"
"Nie byłabym w stanie wyłatać. Nie wiem, czy umiałabym ciebie uratować w jakikolwek inny sposób. Może tak, ale nie było na to czasu, zresztą ja byłam już ranna trochę. Przejęłam na osłony, jednorazowy numer, ryzykowny.... Jakby przeszło za osłony, cóż, skończyłabym w takim stanie jak ty. Ale się udało" - usmiechnęła się
Dziwny uśmiech, delikatny, nieśmiały,ale jednocześnie szczery, bo potrafił go też odczytać z jej oczu. Z tych przedziwnych, nieludzkich oczu...
"Jesteś...." - urwał. Co miał powiedzieć - niesamowita? cudowna?
Żadna ludzka miara do niej nie pasowała. A miar anielskich nie znał.
"Dziękuję ci" - szepnął
"Nie przesadzaj - prychnęła lekko - w ramch podziękowań możesz zrobić coś do jedzenia" - dodała miękko, niemal... prosząco.
Czy anioły winny prosić o jedzenie?!!
Czy anioły winny jeść?
Czy anioły winny prosić?
Za wiele pytań. Zamiast je zadać zaczął przygotwywać posiłek.
Jednego był pewien - aniołów nie należy głodzić.

skomentuj (2)

wyśniła Noc Wiecznej Wojny


2011-05-16 09:10:48 >> schron

Następnym razem obudziłam się na czymś miękkim, wygodnym. Znacząco lepiej. Skonentrowałam się by wyczuć swój stan. Powinnam przeżyć. Trochę czasu minie nim w pełni się pozbieram, ale pozbieram się. Cudowna wilcza regeneracja, partyzancki oficer po raz kolejny uratował mi życie. Dlaczego dopiero on zmusił mnie do przebudzenia we mnie zdolności regeneracji?
Jakiś ruch obok mnie.
"Noc?" - ciche, łagodne pytanie
"tak?" -szepnęłam, otworzyłam oczy.
Milczący siedział na skraju łóżka, przyglądającmi się uważnie.
"zrobię ci coś do picia. Sądzisz,że możesz coś zjeść?"
Zastanowiłam się chwilę, jeszcze raz sondując siebie. Tym razem uważniej i dokładniej.
"tak" - stwierdziłam, wahając się między wizją gorącej czekolady a krwistego befsztyka, a może krwisty befsztyk w polewie czekoladowej? Nie, zdecydowanie nie.
Ale na świeże mięso nie ma co liczyć, chyba, że coś upolował.
"czekolada?" - spytałam z nadzieją
"tak sądziłem" - pomógł mi usiąść, oparłam się plecami o ścianę.
Jesteśmy w jakimś bunkrze, grube betonowe ściany wzmocnione żelazem, mnóstwo symboli ochronnych, masywne drzwi. Krąg chyba srebra wtopiony w beton na podłodze. Całe pomieszczenie lekko emanujące energią, której zadaniem jest chronić, osłaniać.
Przymknęłam oczy smakując cudownie gorący i słodki płyn, grzejąc o kubek wyziębłe dłonie.
"Jak się czujesz? Boli cię coś?" - spytał obserwując mnie uważnie.
"Jak przestanę się izolować od bólu, to może zdołam ci odpowiedzieć" - mruknęłam, ostrożnie zdjęłam osłonę. Nie jest źle.
"jest w porządku. Wyliżę się" - stwierdziłam
"Nie jesteś człowiekiem, prawda?" - spytał patrząc uważnie w moją twarz.
"Nie jestem" - zgodziłam się z nim.
"Bałem się, że się nie obudzisz. Przepraszam, takich rzeczy chyba nie należy mówić rannym"
"Nie przejmuj się - uśmiechnęłam się lekko do niego - oboje żyjemy to się liczy."
"Nauczysz mnie izolować się od bólu?"
"Wiesz co za to chce ze mną zrobić każdy uzdrowiciel, czy lekarz polowy w którego ręce trafiam?"
"Domyślam się, ale wiem też, że możliwość działania mimo ran może ocalić... nawet jeśli nie twoje życie to czyjeś..."
"Nauczę. Ale muszę odpocząć"
"Jasne, mamy czas. Zapasy jedzenia i bezpieczny dach nad głową."
"Czyli wszystko o czym można marzyć" - odpowiedziałam poważnie
"Jesteś Przeklęta, prawda?"
"Na pewno ktoś mnie przeklął, pewnie wielu. Ale jeśli to nazwa organizacji - nie należę"
"To... nie jest do końca nazwa organizacji. Raczej tych którzy umieją widzieć przez zasłonę, którzy walczą z potworami zza zasłony. Trzymamy się w miarę razem, ale nie wszyscy... Mówiąc krótko jesteśmy postrzegani jako szaleńcy, ale wolimy myśleć o sobie jako o obrońcach nieświadomych zagrożenia ludzi. A kim ty jesteś?"- jego spojrzenie pełne fascynacji, ciepła.
"tylko nie zakochuj się we mnie, to pzynosi pecha" - palnęłam
roześmiał się.
"jakiego pecha?"
"troche wyższego ode mnie, świentnie walczącego pecha, który jest moim mężem i... Aniołem Śmierci"
"Aniołem Śmierci?!!!! Azrailem?!! Kim ty jesteś?!!"
"Też zwą go Azrailem" - potwierdziłam, zawahałam się, zmilczałam.
"Też jeseś aniołem? Aniołem Śmierci?"
"Nie... Wolności..."

skomentuj (0)

wyśniła Noc Wiecznej Wojny


2011-05-10 15:33:51 >> przebudzenie

Zimno. Twardo. Niewygodnie. Źle. I nie mam nawet sił otworzyć oczu, sprawdzić gdzie jestem. I nie czuję pod palcami ziemi. Znikąd energii. Dobrze, że nic nie boli, znaczy się, nie jest źle... Jest, może być. Izolowałam się od bólu, nadal nie będę go odczuwać. Kiedyś mnie to zabije, niejeden lekarz czy uzdrowiciel ostrzegał... Zabije? Może właśnie to robi? Nie wiem. Nie mam siły myśleć. Sięgnięcie myślą jest równie niewykonalne jak podniesienie powiek...
Ciemność zabiera myśli, tłumi wszelkie odczucia, miękka otulająca ciemność...

Obudził go głód i pragnienie. Dlaczego spał na fotelu? Obolałe ciało zaporotestowało gdy się poruszył, że też nie chciało mu się położyć...Otworzył oczy i zdrętwiał, gdy jego wzrok padł na trupiobladą twarz Nocy. Wspomnienia poprzedniego dnia, wspomnienia tortur uderzyły go.Powoli pełen najgorszych przeczuc wyciągnął dłoń by dotknąć nadgarstka dziewczyny. Jeszcze ciepły... Dziwne ukłucie bólu, nikt nie powinien umierać samotnie, a ona... Niemal nie uwierzył gdy wyczuł pod palcami puls. Popatrzył na nią z radosnym niedowierzaniem.
"Noc?" - odezwał się miękko, nie licząc na jakąkolwek reakcję.
Dziewczyna jednak poruszyła wargami.
"Spokojnie, jesteś bezpieczna. Zaraz dam ci się czegoś napić..."
Poczuł jej uśmiech, poczuł, nie zobaczył.
Szybko sięgnął po wodę, podtrzymał lekko dziewczynę. Drgnął zdziwiony - jej włosy pachniały popiołem i prochem i czymś jeszcze - dymem żywicznym?
Piła chciwie. Dopiero gdy skończyła otworzyła oczy, idealnie czarne oczy, podkreślające tylko śmiertelną bladość jej twarzy.
"Milczący" - uśmiechnęła się tym razem też twarzą - udało nam się" - ledwo słyszalny szept.
"Dzięki tobie. - odpowiedział - jak się czujesz?"
"dobrze" - ciężko opierała się na jego ramieniu


skomentuj (0)

wyśniła Noc Wiecznej Wojny


2011-04-28 11:36:02 >> Noc

To bez sensu… Koncentruję się chwilę na przesondowaniu siebie. Niewiele już mi zaszkodzi….

„Milczący… - szepnęłam – wyobraź sobie miejsce… bezpieczne miejsce… gdzie chcesz trafić… zabiorę nas tam…”

„Mówiłaś, że magia ci zaszkodzi…”

„Już mi nic nie zaszkodzi” – gorzki, krwawy uśmiech

Podczułam miejsce o którym myśli i ostatnią świadomą decyzją przeniosłam nas tam.

 

Schron. Delikatnie ułożył dziewczynę na stole. Sprawdził wszystkie symbole ochronne wokół bunkra i wrócił do niej. Oddychała jeszcze.

Sięgnął po wielką torbę z czymś co można określić apteczką. Żadnych zewnętrznych obrażeń, przecież nie odważy się jej operować, by tamować krwotoki wewnętrzne. Nic nie może dla niej zrobić… Ale nie umiał nie marnować na niej leków, kroplówek, by choć nie spróbować…

Użył kodu alarmowego, wiedział jednak,  że nim ktokolwiek się tu pojawi minie co najmniej noc, chyba, żeby miał niesamowite szczęście…

Czuł jak ogarnia go coraz silniejsze zmęczenie. Usiadł ciężko w fotelu, palce oparł na jej dłoni tak by czuć jej puls. Iluzja.. przecież i tak nie obudzi się, gdy przestanie go czuć. Nie po tym wszystkim co przeszedł w ciągu ostatnich dni? Tygodni? Z coraz większym trudem zachowywał resztki przytomności.

Noc… Nazywała się Noc. Nawet nie wiedział jaki symbol powinien zdobić jej grób. Kim była? Dlaczego go ocaliła?

Patrzył na obsydianowi ostrze jakie miała ze sobą, nigdy nie słyszał, by ktokolwiek z Przeklętych miał taką broń. Małe nożyki kamienne, w tym obsydianowi  - tak, ale nie szablę…

„Noc… – szepnął miękko – pewnie mnie nie słyszysz… Ale… dziękuję ci”


skomentuj (0)

wyśniła Noc Wiecznej Wojny


2011-02-13 20:01:01 >> Cytadela

Wylądowałam na kamiennej posadzce, przetoczyłam się i w przyklęku wyciągnęłam broń. Nienawidzę skrzywiających się przejść. Ciemno. Nie ma źródła światła, żadnego. Obok mnie, na wyciągnięcie ręki ból. Mdlący zapach krwi, zapach cierpienia. Ciężki oddech, w którym jest błaganie o śmierć. Wstałam, przestawiając się na inne zmysły,  podeszłam do więźnia wiszącego na ścianie.

Dotknęłam jego policzka, zadygotał, gdy muśnięcie moich palców wywołało kolejną falę bólu w jego zmasakrowanym ciele. Skoncentrowałam się na jego obrażeniach. Masakra. Ale mogłam go odizolować od bólu. Wyczułam jego zaskoczenie.

Mogłam stawiać warunki, mogłam żądać od niego pomocy w wyrwaniu się stąd, gdziekolwiek to tu było. Ale… Ale na pewno wiele mu obiecano i wiele od niego żądano w zamian za koniec tortur.

„Uzdrowię cię” – odezwałam się do niego, nie byłam pewna czy mnie rozumie. Czy mi uwierzy… Na pewno nie.

I wcale nie byłam pewna, czy zdołam go uzdrowić. Ale obiecałam i nie było czasu na żadne powolne długie łatanie. Jak najdelikatniej umiałam uwolniłam go. Nie ma sensu uzdrawiać kogoś przez czyje ciało przechodzą kajdany.

A potem silnie splotłam swoje osłony i przejęłam obrażenia. Ból i nagła słabość rzuciły mnie na kolana, ale osłony wytrzymały. Tylko w ustach czuła świeży smak własnej krwi, chyba tym razem z przygryzionych warg.

„Co ty zrobiłaś?!” – wyszeptał z trudem.

„Uzdrowiłam cię. A teraz musimy się stąd wydostać.”

„To Cytadela… jak tu weszłaś?”

„Skrzywiło mi przejście…”

Stanęłam przy drzwiach manipulując przy nich. Korytarz. Daleko migotliwe światło pochodni.

Nie wiedział kim była, ale nie miało to znaczenia. Nie czuł bólu, mógł chodzić, był przynajmniej chwilowo wolny. Czy było to złudne dawanie nadziei, by potem odebrać mu ją tak brutalnie by go złamać? Może. Ale nie chciał tego przyjąć do wiadomości, nie chciał. Oprawcy nie byli wyrafinowani, aż tak wyrafinowani. Specjalizowali się w zadawaniu fizycznego bólu, nie rozumiał jakim cudem jeszcze nie umarł, nie pojmował tego, to musiała być jakaś diabelska sztuczka, w sumie o cytadeli krążyły legendy. Nikt nigdy nie wyszedł stąd żywy.

„Jestem Noc – odezwała się – jak ciebie zwą?”

Nie pytała o imię, pytała o pseudonim. Nie umiał niczego wymyśleć, nie chciał podawać żadnego, którego używał, a jego umysł, który miał zakodowane milczenie i nieodpowiadanie na pytanie jakoś nic nie chciał mu podpowiedzieć. Nie był w stanie sobie wymyśleć imienia.

„Dobrze Milczący – westchnęła – umiesz tym walczyć?” – podała mu pistolet. Nie znal tego typu, z zainteresowaniem spojrzał na wygrawerowane na lufie i kolbie symbole.

„umiem” – odpowiedział krótko.

Noc… Jeden z ulubionych pseudonimów Przeklętych… I ona pewnie z nich była. Na pewno nie była cywilem i niemal na pewno nie walczyła w żadnym regularnym wojsku. Była więc pewnie z tych samozwańczych, nielicznych obrońców, którzy starali się stawić istotom zza Zasłony. Istotom, który istnienie było negowane i dzięki temu mogły bezkarnie mordować.

„Tutaj bariera jest cienka” – odezwała się nagle zatrzymując się – jak ja będę przebijać na pewno się pojawi tutejsza straż. Musisz ją powstrzymać by dać mi czas… Masz jeszcze jeden magazynek nie mam amunicji więcej… - westchnęła – powinno się na narady też brać karabiny szturmowe… nieważne – mruknęła szybko – jak się przebijemy będziemy z powrotem w.. . realnym świecie. Ale warto będzie byś jak najszybciej wyniósł się z miejsca gdzie trafimy.”

Chciała cos dodać, ale gdzieś blisko w korytarzu role legły się glosy.

„Osłaniaj mnie” – szepnęła. Oparła dłonie o mur.

Potężne bariery. Zrobić w  nich wyłom… Ciało protestuje, gdy znowu w ciągu kilku godzin zgarniam z niego cała energię w jedno ostrze, w jeden cios. Słyszę strzelaninę, nie mam wiele czasu.. Jedną cięcie, pochwycenie za dłoń Milczącego i krok do przodu, w przejście…

Ból. Szybko odizolowałam się od niego, więc nawet nie bolało, gdy skuliłam się na ziemi krztusząc się krwią.  Przesadziłam…

„Możesz siebie uzdrowić?” – nerwowe pytanie

„Nie… nie mogę teraz… magii używać” – wyszeptałam

Zaczynam się dusić… Topię się we własnej krwi, cudownie…

„co mogę dal ciebie zrobić? Jesteś ścigana, czy mogę cie zawieźć do szpitala?”

„Ścigana – wykrztusiłam – zostaw mnie i zwiewaj…”

Nie miałam siły zaprotestować gdy przerzucił mnie przez swoje ramię..


skomentuj (1)

wyśniła Noc Wiecznej Wojny


2011-01-09 21:13:29 >> Kruczoskrzydły

Kruczoskrzydły najpierw wyczuł ochronną tarczę rzucaną przez Issę, dopiero potem zagrożenie. Potężna eksplozja rozkwitła ogniem i czystą mocą, surową nieuformowaną energią zniszczenia nad kopułą osłony. Wilcza Tęsknota utrzymała ją, przyjmując częściowo uderzenie na siebie, widział jak siła eksplozji rzuciła ją na kolana, jak po jej brodzie pociekła strużka krwi.

Dziewczyna podniosła spojrzenie na zebranych.

„uciekajcie. Zaraz będzie następny… Utrzymam klosz…”

Ale już dwie osoby doplatały się do osłony. Kilka otworzonych portali i kolejni obrońcy znikali w migoczących smugach mocy. Kruczoskrzydły położył dłoń na ramieniu swej żony.

„pora na nas” – otworzył przejście, sięgając ku Królestwu Śmierci

I wtedy przyszła kolejna fala uderzenia. Inne uderzenie, już nie eksplozja, mniej gwałtowne, ale bardziej uparte w dążeniu do zniszczenia. Osłona zadrżała zasysając energię zewsząd wokół, portal zadygotał i ścieżka łącząca dwa światy urwała się. Poczuł jak jej dłoń wysuwa się z jego, echo chwilę powtarzało jej imię, jego wezwanie…

Upadł ciężko na plecy. Szorstkie podłoże pod dłońmi, lekko migające jasne, chore światło świetlówek. Podniósł się chwiejnie, gestem uspakajać jakąś dziewczynę, która chciała do niego podbiec, ale zamiast uspokojenia, dostrzegł zwierzęcy strach w jej  oczach. Cofnęła się o dwa kroki, krzyknęła krótko, podskoczył do okna, otwierając przejście tuz przed nim i skoczył. W przestrzeń. 30 pięter. Starczy by elegancko wyhamować, by sfrunąć na jakiś dach. Wokół niego rozciągał się las wieżowców. Skrzywił się nie lubił nowoczesnych miast najeżonych elektroniką, kamerami. Zmusił się do tego, by zacząć wyczuwać ten świat. Dziwny, niby mu znany a jednocześnie inny, jakaś równoległa wersja Ziemi, którą znał. I to w dodatku na kontynencie, którego kompletnie nie rozumiał. Wyczuwał dalej, określenie czasu i biegu historii wydało mu się nagle straszliwie istotne.

Magia rytualna. Nie lubił tego paradygmatu, w którym każdy, kto wyrysuje lub wyrecytuje właściwą formułkę uzyskuje efekt, nawet jeśli nie ma bladego pojęcia co zrobił. Kruczoskrzydły zdecydowanie wolał magie intencjonalną, płynącą z emocji, instynktowną.  Rozciął swoją dłoń, by krwią wymalować na dachu symbole, starając się namierzyć Wilczą Tęsknotę. Pustka, nic. Wiedział, że żyje i nic ponadto. Zirytowany spojrzał w dół, na ulice pełne samochodów, ludzi. Nie jego świat. Nie jego miasto.

I nie jego walka, ta która rozgrywała się tuz obok. Wiatr przynosił zapach świeżej krwi, zapach strachu. A ulicą obok płynęły spokojne tłumy ludzi zaprzątnięte swoimi sprawami.

Kruczoskrzydły miękko sfrunął w zaułek. Chłód wypełnił uliczkę. Ci, którzy mogli uciec, uciekli. Nie ścigał ich, nie miał ochoty bawić się w sprawiedliwość, nie miał ochoty przyjąć roli Anioła Śmierci, nie tu i nie teraz. Struktura tego świata mogłaby gwałtownie zareagować, gdyby uczynił cokolwiek zbliżonego do użycia mocy.  Na chodniku została tylko pokrwawiona dziewczyna. Spróbowała się cofnąć,  w dłoni ściskała ułamany nóż. Łzy i krew rozmyły jej makijaż, który spływał teraz czarnoczerwonymi kroplami po jej twarzy.

„Nie bój się” – odezwał się bardzo łagodnie.

Utkwiła w nim przerażone spojrzenie.

„Odejdź!”

„Mam cie tu zostawić samą, by pierwszy lepszy zbir cię wykorzystał?” – spytał zaciekawiony

„Czyli ty? – warknęła – dam sobie radę. Dzięki, że ich przestraszyłeś”

Bała się. Czuł to, czytał to w jej oczach, w jej gestach.

„Jak chcesz… chyba kiepski ze mnie anioł” – wzruszył ramionami, odwrócił się by odejść.

Czuł jej szok, zaskoczenie.

Wyrysował symbol ochronny w powietrzu, tak by tego nie widziała. Tyle mógł dla niej zrobić. Tylko tyle. W ogóle nie powinien się w to mieszać. Ale chciał.

„Anioł?”- usłyszał stłumione pytanie.

Odwrócił się ku niej zrzucając z siebie płaszcz iluzji.

Jej oczy stały się wielkie, pełne szoku. Poruszyła wargami w bezgłośnej modlitwie i zemdlała. Podszedł do niej i wziął ja na ręce. Wzbił się w górę.

Nie mieszać się. Pozostać neutralnym.

Nie umiał.


skomentuj (0)

wyśniła Noc Wiecznej Wojny


2010-11-17 10:44:42 >> to miasto... nie ma tego miasta...

Minęliśmy pierścień zewnętrznych murów, dumne baszty chroniące miasta. Tylko czemu sztandary to poszarpane strzępy, którymi bawi się wiatr. Gdzieniegdzie te żałosne szczątki błyskają złotem, błękitem dawnej świetności…Przewodnik podprowadził nas do bramy, a raczej miejsca, gdzie ona powinna być. Kłębowisko drewna i metalu, stpionego razem, powyginanego.

A dalej, za bramą morze ruin. Niegdyś wspaniałe pałace, wielkie rezydencje otoczone ogrodami, parki, monumentalne budynki urzędów o kopułach lśniących złotem i drogimi kamieniami, to wszystko, wyblakłe w mych wspomnieniach odległe, teraz zmienione w gruzy, gdzieniegdzie blade dłonie posągów błagalnie wynurzające się ze stosów kamieni ku niebu.

Przewodnik rozwinął skrzydła i wzbił się ponad ruiny. Podążyliśmy za nim. Tędy przejść się nie da, choć nieskrzydlaci mieszkańcy przekopali korytarze, ścieżki w tym jednym wielkim stosie pogrzebowym. Widać zadecydowali zaklęciem oczyszczenia spalić zabitych. To oszczędziło im odkopywania ciał, to uchroniło od zarazy.

„Jak to się wydarzyło?” – spytał cicho Kruczoskrzydły

„W nocy. Zaatakowali od środka… Od dawna musieli podmieniać mieszkańców, od dawna musieli mieć tu swych szpiegów, od dawna musieli hodować tu zdradę” – głos przewodnika obojętny.

Zadrżałam mimowolnie.

„Dlatego nas wezwali” – dopowiedział Kruczoskrzydły.

Wylądowaliśmy na wzgórzu, nad miastem. Kręgi ochronne, symbole odganiające zło.

Czekali na nas. Weszliśmy w krąg, poczułam zaklęcia weryfikujące moja tożsamość.

Wszyscy zgromadzeni skrywali swe twarze. Zapewne tylko gospodarz znał wszystkich i on jeden miał tylko odsłoniętą twarz. Jego jasne włosy były w nieładzie, twarz miał popielato bladą, niemal pośmiertna maska, bez wyrazu, tylko oczy płonące bólem, rozpaczą, płonące czernią zieleni.

„wezwałeś nas, Panie” – złożyłam formalny ukłon.

„dziękuję wam za przybycie” – odpowiedział ukłonem – chyba rozumiecie, czemu was wezwałem?”

„bo sytuacja jest beznadziejna” – odpowiedział Kruczoskrzydły – nie sądziłeś, że wojna tu zawita w takiej postaci. Zawsze to miło mieć nadzieję, że twojego dachu nad głową nic nie zdmuchnie.”

„i tak było przez tysiące lat…” – wtrącił się ktoś.

„wiecie, czyja to sprawka?” – spytałam

„Mroku. Czy jak wy to nazywacie, tego z czym walczycie. Przykro mi to powiedzieć, Panowie, Panie, ale przegrywamy tę wojnę.” – odpowiedział Gospodarz

Zagryzłam wargi. Miał rację. Tu wojna nie powinna była dotrzeć, nie tak, nie w ten sposób…

„Jeszcze żyjemy, jeszcze jesteśmy w stanie walczyć – odpowiedziałam twardo, ogień w mym glosie samą mnie zaskoczył, chyba ostatnio dużo przemówień do żołnierzy wygłaszałam – jaki mamy plan? Czekać aż pojawią się tutaj i złożą z nas ofiarę w ruinach naszych świątyń?!”

„ratować co się da – odpowiedział cicho Gospodarz – okopać się w światach w których się da tak długo aż magowie i wywiad odnajdą źródło jego potęgi i sposób na zniszczenie jej.”

„czyli czeka nas walka o przetrwanie. Dla nas to nie nowina, ale dla was…” – podsumował Kruczoskrzydły

„Dlatego chciałbym byście poprowadzili naszą armię.” – odpowiedział Gospodarz.

„Jaką armię? Chcecie zgrupować swoje siły, by ułatwić ich zagładę? – Kruczoskrzydły rozejrzał się po zebranych – czasy wielkich bitew minęły. Przyzwyczajcie się do myśli o niewielkich oddziałach ukrywających się w lasach i górach. Wasza stolica… przestała istnieć, bez ataku z zewnątrz. Najwyższy czas zejść do podziemia, zanim okaże się, że jedyne podziemie jakie mamy to grób.”

„Issa?” – Gospodarz spojrzał na mnie z nadzieją.

Byłam miła, nie powiedziałam, że mój brat i mąż ma rację…

„Obawiam się, że Kruczoskrzydły ma słuszność” – powiedziałam tylko

Ciężkie milczenie niczym całun dymu opadło na zebranych.


skomentuj (0)

wyśniła Noc Wiecznej Wojny


2010-11-10 21:56:18 >> rozmowy

Siedziała przy ognisku otulając sie swymi czarnymi skrzydłami. Anioł Wolności. Tak lepiej, tak łatwiej. Leśny zdecydowanym krokiem podszedł do niej.
"Pani?"  odezwał się
Spojrzała na niego z delikatnym usmiechem na wargach, nie umiał odczytać wyrazu jej obsydianowoczarnych oczu.
"chciałbym przeprosić za swoje niewłaściwe zachowanie"- kontynuował oficjalnie
"nie było sytuacji" - odpowiedziała po prostu
"dziękuję" - stwierdził zaskoczony tym jak postawiła sprawę i tym jak gładko on sie z tym pogodził.
Dziewczyna poderwała się nagle i jako wilk skoczyła na mężczyznę, który pojawił się właśnie na skraju polany,  w jego ramionach wróciła do ludzkiej postaci.
"Kruczoskrzydły" - szepnęła
namiętny pocalunek przywitania.
"Tańczący dotarł do nas" - odezwał się wilkołak.
"A Nika i Ariel?"
"bezpieczni. nie z moim oddziałem, ale bezpieczni..." - nadal tulił do siebie dziewczynę.
"Leśny zmusił mnie do regeneracji - odezwała się nagle, zamyślona - nie sądziłam, że potrafię..."
"Widac przełamał w tobie jakieś blokady"
"nie pamiętam, bym kiedykolwiek mogła... to przecież.. takie użyteczne... gdybym mogła, nieraz bym to wykorzystała..."
"liczy się to, że teraz możesz." - odpowiedział z usmiechem - zmieniamy się... może po prostu Górze znudziło się ciebie wskrzeszać...?"
rozbawiona potrząsnęła głową.
"sądzisz, że naprawdę Górze zależy na przeklętych?" - spoważniała
"Wezwałaś Umarlych. Odpowiedzieli na twoja pieśń, naprawdę sądzisz, że bysmy jeszcze żyli, gdyby to Bóg chciał nas się pozbyć? Musieliśmy zostac wyklęci... bo inaczej... inaczej bylibyśmy szczęśliwi, a oni nie mieliby obrońców..."
skomentuj (0)

wyśniła Noc Wiecznej Wojny


2010-07-23 20:33:30 >> Grupa Leśnego

Żle wyliczyłam odległość, nie, nie liczyłam odleglości, czułam tylko palący ból, zagrożenie i desperacką wolę życia, wyrwania się. Wpadłam na ludzi Leśnego, dosłownie wpadłam pod końskie kopyta. Konie zaczęły szaleć, zamajaczyła mi lufa karabinu wycelowana we mnie, chciałam zasygnalizować po wilczemu, że nie stanowię zagrożenia, pochyliłam lekko głowę, jednocześnie... tak pochyliłam glowę i runęłam ciężko na bok.

Leśny odepchnął lufę karabinu wycelowaną w wilka. Przykląkł przy zakrwawionym zwierzęciu, spojrzał w zachodzące mgła idealnie czarne oczy i wszystko zrozumiał.
"Issa... - nie sądził, że jego własny głos może zadrżeć, ilu to ludzi umierało na jego rekach, ilu podkomendnych, towarzyszy broni stracił..? Ale nigdy nie swojego dowódcę. - Issa..."
Obok niego uklękła jedna z jego sanitariuszek. Nie miał uzdrowiciela, uzdrowicieli nawet w Armii Cieni było mało. Dziewczyna bezradnie patrzyła na wilka.
"Nie uczono mnie... ratować..." - urwała
"To sie właśnie uczysz" - stwierdził Leśny spokojnym tonem, dłonie przyciskał do krawiacej rany w wilczym boku.
'Tańczący - myśl musnęła jego umysł - ocal go..." - prośba.
Odsunął dłonie gdy Topola zakładała prowizoryczny opatrunek.
"Issa... jesteś w stanie to zregenerować... Jesteś..." - szepnął nagle twardym glosem.
Sięgnął do ziemi, emmereńska ziemia ich zaakceptowala, więc powinien móc z niej czerpać energie, z każdej ziemi o którą walczył mógł czerpać energię. Poczuł jej strumień w swoich dloniach, ujął wilczy pysk.
"Pij..." - szepnął, sam nie wiedząc, czemu używa tego slowa, ale miał uczucie jakby wlewał w poranione wilcze ciało życiodajną wodę. Wilk faktycznie odetchnął troche głębiej.
"Regeneruj, potrafisz" - stwierdził półgłosem.
Wilk polizał jego dłoń pokrawionym językiem w odpowiedzi.
'nie umiem... ja nie mam zdolności...' - myśl
"BZDURA" - stwierdził twardo - POTRAFISZ" - znaim się pohamował w jego glosie zabrzmiał rozkaz.
Wiedział, że rozkaz nie zadziala, ale jego desperacka wiara i nadzieja mogą. Przeciez czuła emocje. Nie szło mu najlepiej porozumiewanie się z nią na stopie mniej oficjalnej, ale z drugiej strony nie wyobrażal sobie tej wojny bez niej, nie wyobrażal sobie śmierci Anioła Wolności, możliwych konsekwencji tego... Jego umysł to odrzucal i chciał by ona  w to uwierzyla. Energia ziemi, energia wiary, poił j ąnimi. Wilk zdzwiony otworzył oczy, zalśniły czernią, Issa lekko uniosła głowę.
"Nie ruszaj się, leż... regeneruj. Będzie dobrze"  - z westchnieniem zanurzył dłon  w jej czarnej posklejanej krwią sierści.
skomentuj (0)

wyśniła Noc Wiecznej Wojny


2010-04-17 19:34:10 >> otoczeni

Zagrożenie. Gęstniejące wokół nas. Zawarczałam głucho idąc w ludzkiej, starając się jak najwięcej wyczuć, zrozumieć, zanim będzie za późno.
"wiedzieli, gdzie będziemy" - zauważył cicho Tańczący.
"ktoś nas zdradził...?" - szept Ariela
"Wątpię. Nie można podjerzewać zdrady jak masz pecha, bo wtedy ją znajdziesz. ZAWSZE. I rozstrzelasz niewinną istotę." - odpowiedziałam cicho.
"Otoczyli nas - szepnął Tańczący - w wilczych byśmy się przemknęli..."
"Nika nie ma wilczej postaci i nie jest Umarłą, bym mogła jej udzielić tej mocy. Zrobiłam to kiedyś dla pewnego elfa, ale on pamiętał swą śmierć. Podejdziemy tak blisko jak się da. Tańczący i ja zaatakujemy, ty Ariel zaprowadzisz Nikę do naszych. My spróbujeny przebić się do Leśnego i jego oddziału."
"Umiem strzelać -zaprotestowała Nika - nie traktujcie mnie jak dziecko."
jak dziecko... iluż młodszej od niej znałam co walczyli?
"raczej jak cywila." - skometował Tańczący, czyżby pomyślał o tym samym?
"jeśli odwrócicie ich uwagę przeprowadzę ją bezpiecznie do naszych i powiem im, by uderzyli, dając szansę wam."- odezwał się Ariel.
"dobrze."  - zgodziłam się.
"Ariel... jeśli by mieli was schwytać gdy już nie będzie nadziei - Tańczący zwrócił się do Emmereńczyka - ofiaruj Nice ostatnią kulę. Nie pozwól by ją schwytali."
"dziękuję" - szepnęła Nika, jej twarz stała się jeszcze bledszą.
Ariel westchnął ciężko.
Tańczący utkwił we mnie blagalne spojrzenie.
"To rozkaz" - stwierdziłam
Ulga w oczach wilkołaka i niechętne 'tak jest' Ariela.
"Przywołam ja do życia... A oszczędzi jej to tortur"  - dopowiedziałam.
Tańczący popatrzył na mnie z wdzięcznością. A potem podszedł do Niki. Przytulił ją mocno do siebie, musnął wargami jej czoło, nos, usta. Przytrzymała go. Namiętny pocałunek. Pocałunek będący obietnicą spotkania, nie pożegnaniem.
"Jak usłyszycie strzały, to będzie wasza szansa" - odezwałam się
"Chyba, że będą strzelać do nas" - mruknął Ariel.
'tego pocisku, który cię zabije nie usłyszysz." - Tańczący zacytował starą prawdę.
"chyba, że tylko smiertelnie zrani" - sprostował Ariel.
"do zobaczenia" - rzuciłam tylko
zmieniłam postać i pomknęłam przed siebie, Tańczący za mną. Podkradliśmy się tak blisko jak się dało. Idą ławą... Powrót do ludzkiej, kilka strzałów, przemknąć w wilczej, któż wypatrzy czarnego wilka w ciemnym lesie?
Ale potem nie było już się gdzie przemykać...
skomentuj (1)

wyśniła Noc Wiecznej Wojny


2010-03-26 21:13:32 >> Emmereth

Przeszłość. Przeszłość powracająca w umówionym pukaniu w szybe okienną. Kod przechowywany  w legendach, dawno nie niosący w sobie żadnego znaczenia. Emmereth pogodziło się z zależnością, w sumie czas był dla nich łaskawy. Ci którzy walczyli o wolność dawno należeli już do tej ziemi, nieniepokojeni już niczym, następne pokolenia nie miały powodu. Coraz rzadzeij wspominali odleglejszą z każdym rokiem walkę, o której przypominały tylko obchodzone święta, patriotyczne pieśni, które dawno już dozwolone budziły coraz mniej emocji. Kaars był na tyle silny, że nawet teraz zbliżające się widmo wojny nie burzyło optymizmu. Informacje dochodzące z kraju były tak nieprawdopodobne, że nikt w nie nie wierzył. Porachunki mafijne, tania sensacja rozdmuchana przez media.
Pukanie znowu zabrzmiało, tym samym kodem. Narven niechętnie podniósł się z fotela, pewnie jakieś dzieciaki robiły dowcipy. Nic godnego uwagi. Leniwym ruchem otworzył okno i znieruchomiał zszokoany, gdy na zewnątrz zauważył czworo ludzi - dwie kobiety, właściwie dziewczyny i dwóch mężczyzn, wszyscy uzbrojeni...
"Wejdźcie, ale może drzwiami, jeśli mogę coś zasugerować" - odezwał się emmereński książę.
Poszedł ich wpuścić. Wyglądali jakby należeli do innego czasu, wszysyc uzbrojeni w szable, najstarszy z nich, tak bardzo przypominał portrety poległego przywódcy powstania. Pewnie ktoś z jego rodziny.
"Jestem Issa. Przybywam tu z rozakazu generała Tanara - dziewczyna podała dokumenty potwierdzające jej słowa - proszę o pozwolenie na prowadzenie działań zaczepno-obronnych na terenie Emmereth."
"Nie mógłbym nawet odmówić. Obowiązują mnie rozkazy szefa sztabu. - odpowiedział Narwen - pewnie chcecie dostać jakies kwatery  w mieście. ile?"
"Nie. nie chcemy być w mieście - odpowiedziała - ale będziemy je chronić - dodała uspakajająco - tylko byśmy stresowali będąc tu mieszkańców, odgrywanie cywili kiepsko nam idzie, a wywiad wroga nie śpi. Szkoda by było, by zrównali waszą stolicę z ziemią." - coś w jej tonie sugerowało,  że niejedną juz stolicę zamienioną w pył widziała.
Przyjrzał jej się uważniej. Dowódca. Skąd sztab ją wytrzasnął? Kim była?
Narwen uświadomił sobie, że to nie jego interes.
"Może pani liczyć na wszelką naszą pomoc, pani generał. Jesteśmy wdzięczni za ochronę, którą jesteście gotowi nam zapewnić, choc przyznam, że nie bardzo wierzę w te wszystkie plotki telewizji."
"Nie wiem o czym mówią w mediach, nie interesuję się tym, ale zapewniam pana, że sytuacja jest dużo gorsza niz ja przedstawiają."  odpowiedziała.
"Nie mogą pozwolic na wybuch paniki' - wyjaśniła najłagodniej z grupy wyglądająca zielonowłosa dziewczyna.
"Czego ode mnie oczekujecie?" - czuł, że pobladł.
"na razie - życzliwości. Pewnie z czasem czegos więcej" - odezwała się znów czarnowłosa.

I zniknęli. W ciemności. Jak przyszli.


skomentuj (0)

wyśniła Noc Wiecznej Wojny


2010-03-12 10:04:23 >> noc wolności

Tums oblizała wyschnięte wargi. Przed  żadną akcją nie była tak zdenerwowana, spłoszona jak teraz. Czuła się nieswojo, nieswojo w bardzo ładnej sukience, do której założenia zmusiła ją Issa. Sukienka była prezentem od Niji, w odczuciu Tums nie pasowała do niej, ale… w sumie to był wyjątkowy dzień. Dzień, o którym nigdy mnie marzyła, że nadejdzie. Nie sądziła bowiem, że jej Duchy pozwolą brać ślub z miłości, z mężczyzną, który ją kocha.

„To nie boli, Siostrzyczko” – rozbawiony głos Wilczej Tęsknoty, która właśnie jesiennymi kwiatami krótkie włosy wilkołaczki.

„To… takie niezwykłe” –szepnęła Tums, wstydziła się wzruszenia w swym głosie.

Issa przytuliła ja do siebie ciepłym gestem. Tums zamknęła oczy wdychając zapach dymu z ogniska i prochu, którym przesiąknięte było ubranie Issy. To uspakajało, pomagało zebrać myśli.

 

Zapadający wieczorów. Światła wielu ognisk, pochodnie oświetlające kamienny ołtarz u podnóża wielkiego dębu. Kamienny ołtarz – spory głaz, którego ducha któreś z szamanów przebudziło. Tłumy ludzi. Do Tums podszedł Tańczący Na Skrzydłach Wolności. Poprowadził ją do ołtarza, przy którym czekało dwoje aniołów. W oficjalnych swych postaciach – Anioł Wolności o skrwawionych czarnych skrzydłach, o oczach jak czarne, żałobne niebo nad polem bitwy i Anioł Śmierci, o idealnie czarnych skrzydłach, promieniujący chłodem. Przywódca Odłamu. I ona, jego żona i siostra. Oboje w czarnych kapłańskich szatach. Ona z przepięknym, lśniącym zielenią kamieniem na szyi, on z obsydianowym ostrzem za pasem.

I on… Pan Młody, jej Mortimer, jej Białowłosy Mag. W prostej druidycznej tunice.

Ceremonia. Prosta, wojskowa.

Słowa przysięgi wiążące ich losy, wiążące ich losy. Przypieczętowane anielską krwią.

 

Przeszli schyleni pod skrzyżowanymi szablami, mieczami, szpadami. Ostrzami tworzącymi korytarz dla nich. Setki ostrzy lśniących stalą i czernią w świetle pochodni.

 

I dźwięki gitary burzące podniosłość chwili, budzące radość. Tums nie zdążyła się otrząsnąć z oszołomienia, a Mort już porwał ją do tańca. Pozwoliła mu nta ot, poddając się mu, z ufnością, o która by nigdy siebie nie podejrzewała.

„Mój Cudotwórca – szepnęła nagle ze łzami śmiechu wtulając twarz w jego ramię.

Jej Cudotwórca. Uzdrowił jej duszę. Jedyny, któremu się to udało. Zamknęła oczy wdychając jego zapach, oddając mu się w pełni.

 

Pieśni w różnych językach wzlatujące w ciemno niebo. Głosy gitar, fletów mieszające się ze sobą. Radosnosmutnotęskne partyzanckie pieśni. Galiardzkie ballady i opowieści o miłości. O miłości silniejszej niż wojna, niż śmierć.

Murwan patrzył na tańczącego Emira i Dziewczynę Emira. Opowiadał ich Legendę, wiedząc, że budzi w sercach ogień. A potem zaskoczony własną śmiałością, gdy tamci przestali tańczyć na chwilę, podszedł do Issy. Podał jej z niskim ukłonem gitarę.

„Zagraj coś dla nich… dla nas, Pani…”

Podeszła do ogniska. Już nie jako Anioł. Już nie w rytualnej szacie – wysmukła czarnooka dziewczyna w zielonej sukience. ‘Taka zwyczajna’ – pomyślał oficer, który zrobił jej miejsce przy ognisku. Rzuciła mu ciepły uśmiech. Westchnął łatwiej mu było w niej dostrzegać Anioła, niż zwykłą dziewczynę. Nie przywykł do bycia podkomendnym kobiety zwłaszcza młodszej od niego, choć z tego co udało mu się zorientować była bardzo kompetentnym dowódcą. I pewnie miała więcej lat niż te 19 na które w tej chwili wyglądała…

Zaczęła grać jakąs tęskną melodie, ktoś dołączył ze śpiewem. Ona przymknęła oczy wsłuchując się w rzeczywistość którą przywoływała.

Leśny nie umiałby powiedzieć, czy dobrze grała, ani czy umiała śpiewać. Ona porwała ich w świat pełen barw, pełen uczuć, świat tchnący nadzieja, mimo bólu mimo walki. W świat wolności. Jego własna przeszłość wracała do niego, jawiąc się w trochę innych barwach. Jeśli kiedykolwiek zastanawiał się, czy jego walka do końca, a nawet dłużej miała sens, teraz te wątpliwości rozwiewały się niczym popiół rozwiewany przez wiatr.


skomentuj (1)

wyśniła Noc Wiecznej Wojny


2010-01-21 12:56:04 >> Richard

Natrafił na ich ślady pod wieczór. Spory oddział przemieszczający się lasem. Było ich zbyt wielu, by mogli się maskować. Ruszył ich tropem. Nie umiał ocenić jak dawno tędy szli, ale od dwóch dni błądził nienapotkawszy na żadnych ludzi. Jedyne co znalazł to ruinki jakiegoś budynku, zarośnięte trawami, ziołami i niewielkimi krzewinkami. Owoce tych krzewinek okazały się być jadalne, choć trochę stłumiły głód, ale to było dnia poprzedniego. Richard gorzko żałował, że nie ma broni, mógłby się wtedy pokusić o ustrzelenie jakiegoś zająca, czy jakiegoś ptaka, a tak jedyne czym mógł oszukiwać głód to były liście i jakies owoce, co do których nigdy nie miał pewności, czy są jadalne. Ciągle miał nadzieję, że szybko trafi na jakiś tutejszych. Wiedział, że poruszanie się za wojskowym oddziałem niesie spore zagrożenie, ale postanowił zaryzykować. Potrzebował pomocy.
Ostre warknięcie w nieznanym mu języku, z zarośli wyłoniła się dziewczyna z wycelowanym w niego karabinem. Wyglądała na jakieś 15 lat, ubrana w kiepsko skompletowany mundur, na ramieniu jakieś dziwne oznaczenia i odcisk wilczej łapy poniżej. Partyzanci... Tak naprawdę to niewiele znaczy - zganił się w myślach za nadzieję rodzącą się w jego sercu, ale ta dziewczyna tak bardzo przypominała mu navartańskie zwiadowczynie z partyzanckich oddziałów...
Powoli podniósł ręce do góry.
"Potrzebuję pomocy" - odezwał się cicho
Dziewczyna podeszła do niego troche bliżej. Miał wrażenie jakby na moment przymknęła oczy,  jakby coś starała się sobie przypomnieć.
"Czemu za nami idziesz?" - spytała ostro
"Odzyskałem przytomność w tym lesie... Nie wiem gdzie jestem. Od kilku dni tu błądzę."
"Pójdziesz z nami, komendant zdecyduje" - stwierdziła.
Zawsze to lepsze od kuli  włeb na miejscu, pomyślał, daje jakąś nadzieję.
Zza drzewa pojawił się chłopak. Nie zaskoczyło to Richarda, zwykle zwiadowcy chodzą parami, albo trójkami. A ci byli zapewne strażą tylnią przemieszczającego się oddziału. Chłopak miał takie same oznaczenia jak dziewczyna, był od niej niewiele starszy.
Odezwała się do niego w nieznanym mu języku. Skinął głową. Podszedł do Richarda. Szybko go obszukał. Coś, ewidentnie zdziwiony zakomunikował dziewczynie.
Ruchem broni zasugerowała Richardowi, że ruszają. Szli obok siebie w ciszy. Chłopak czujnie się rozglądał, dziewczyna głównie obserowała Richarda.
"Gdzie ja jestem?" - odezwał się Richard
"Im mniej wiesz tym większe masz szanse przeżyć - odpowiedziała dziewczyna - czekaj, mówiłeś, że błąkasz się od jakiegoś czasu, pewnie jesteś głodny" - wsunęła rękę do przewieszonego przez ramię chlebaka. Podała mu suchara. Nie pamiętał kiedy jadł coś smaczniejszego.
Długa wędrówka, w końcu zatrzymali się na nocleg. Dziewczyna skrępowała mu dłonie. Nie protestował. Nie byli wobec niego okrutni, tylko ostrożni. Ale nawet skrępowane dłonie nie mogły mu przeszkodzić w tym by zasnąć.
Obudził się, gdy usłyszał dość głośną rozmowę obok siebie. Było już jasno. Wokół było kilkoro osób, w różnych strojach, jedyne co mieli w nich wspólnego to odcisk wilczej łapy.
"Ruszamy" -zwróciła się do niego dziewczyna.
Długa wędrówka. W ciszy.
"Za poznanie twojego imienia też mogę umrzeć?" - spytał cicho
"Możesz mi mówić Tami" - odpowiedziała, w jej szarych oczach pojawiło się delikatne rozbawienie.
Zrozumiał, że są już blisko, gdy zawiązała mu oczy. Musiał jednak przyznać, że prowadziła go bardzo ostrożnie i wprawnie.
"Komendancie - usłyszał jej głos - szedł za nami. Broni nie miał. Twierdzi, że nie wie gdzie jest, w tym lesie odzyskał przytomność. Nie chciałam go zabijać, wydaje się, że mowi prawdę..." - urwała jakby czekając na naganę.
"Słusznie postąpiłaś" - znajomy głos. Richard poczuł szaleńczą nadzieję.
Ktoś podszedł do nniego. Opaska rozwiązana opadła mu z oczu. Patrzył w twarz, którą znał i nie znał jednocześnie.
"Iss?!" - wyszeptał
Przytuliła się do niego, w przyjacielskim geście.
"Richard!" - popatrzyła mu w oczy i roześmiała się.
"Jesteście wolni" - rzuciła do Tami i jej towarzyszy stojących ciągle na baczność.
"Chodź do ognia. Musimy porozmawiać" - jej oczy lśniły radością.
Idealnie czarne oczy.
skomentuj (0)

wyśniła Noc Wiecznej Wojny


2010-01-20 20:53:58 >> Emmereth

Jesienny las pachnący wilgocią, pachnący złotem liści i ostatnimi promykami słońca, pachnący chłodem nocy, nawet jeszcze gdy zmierzch daleki. Zima nie powinna być w tym klimacie bardzo ostra, zresztą mamy dość czasu na utworzenie bazy.
Lasy Emmereth. Gęste, pełne zwierzyny, ciągnące się w ogormnej sieci pagórków, wąwozów i dolin. Delikatna ledwo wychwytywalna zmiana, gdy minęliśmy graniczne ziemie tej krainy. Jakby powietrze zaczęło smakować inaczej, ziemia pod stąpami wydała się inna, zielonozłota poświata też zmieniła odcień. Oddech przeszłości, jej cień zalegający nad drzewami, gnieżdzący się w ziemi, cień klęski mieniący się błyskami krótkich nietrwałych zwycięstw.
"Oni umierali za wolność swej ziemi... walczyli za nią i przegrali..."- szept Umarłej idącej obok mnie.
Skinęłam głową. Tanar opowiadał mi o walkach o tą krainę.
Dotarliśmy na skraj jakiejś polany, zatarte znaki na najstarszyh drzewach i nowe niedawno odnawiane na młodszych. miejsce bitwy. Miejsce, gdzie pochowano obrońców tych lasów.
Dałam znak swoim by się zatrzymali i weszłam na polanę, w suchą trawę siegającą mi ramion. Kilka kroków, uklękłam na ziemi. Oparłam na niej swe dłonie. Zamęt walki, rozpacz... Niepogodzenie się z klęską. Wieczna niezgoda i tęsknota.
"Kim jesteś, że mnie przyzywasz?" - ciche pytanie, śpiewny język.
"Jestem Noc Wiecznej Wojny. Przybywam na twą ziemię, by prowadzić na niej walkę, nie o jej wolność lecz o wolność kraju, który ją zniewolił. Pragnę prosić cię o pozwolenie prowadzenia działań na twoim terenie." - podniołam na niego wzrok. Półprzejrzysta postać, owinięta zielonym podziurawionym pokrwawionym płaszczem. Przy pasie rękojeść strzaskanej szabli.
"Co takiego im zagraża, że stają po ich stronie Rycerze Wolności?"
"cień, który znaleźć można w każdym okrucieństwie, cień, ktory przyzywa wojnę i nią się żywi. Ten, który chłonie ból i dla którego nienawiść jest jak powietrze więc rozsiewa je, by pojąć krainy w swe posiadanie. A gdy one już całkiem wykrwawią się zostawia splugawione swą obecnością masowe groby, które dla niego są źródłami mocy."
"Czemu więc ty, która prowadzisz tak samotną walkę, klęczysz na moim grobie, zamiast wezwać mnie w swoje szeregi?"
"Mam bowiem świadomość czyj sztab mnie tu wysłał."
"To nie tamci ludzie, to tylko ich potomkowie... skoro w ich imieniu prosisz nas o pomoc nie odmówimy tobie, niech poznają emmereński honor. Wezwij nas, a będziemy ci służyć jako twoi rycerze, poprzez wieczność wojny, którą w sobie niesiesz swą niezgodą na pokój, który nie będzie respektował twoich warunków, Duchu Wolności."
Myśli same ułożyły się w słowa pieśni, słowa wezwania. Widmowi stanęli w kręgu wokół mnie, oddając mi honory.
Krople krwi, imiona pieczętujące przysięgę.
Arel. Ich dowódca. Niemłody już mężczyzna o szpakowatych krótkich włosach, smutnych szaroniebieskich oczach. Spojrzenie człowieka, który zbyt wiele przeszedł, spojrzenie człowieka, który poznał gorzki smak zdrady.
Popatrzyłam po swoich ludziach, moich Umarłych, moich rycerzach. Łączyło ich jedno  - umiłowanie wolności, łączyła ich przysięga, bardzo silna więź empatyczno-telepatyczna ewoluująca w swego rodzaju nadświadomość. Dzieliło wszystko inne - poziom wyszkolenia, bowiem były tu łączniczki i sanitariuszki, które pierwszy i ostatni raz broń miały w ręku, gdy do końca broniły swoich rannych czy poległych i wojownicy, ktorzy całe swe życie spędzili na doskonaleniu się w walce, były wśród nich osoby dla których wysoka magia była chlebem powszednim i tacy, którzy nie bardzo rozumieli jak może istnieć byt po śmierci, którego sami doświadczali, dla wielu broń palna, jakiej myśmy przywykli uzywać była obca, bowiem w ich kulturach prochu nie wynaleziono, dla innych była szczytem prymitywizmu, o którym uczyła ich bardzo odległa historia, dla wielu las czy góry były domem, dla wielu miejska partyzantka nie kryła tajemnic, ale jeszcze inni porażki liczyli w zatopionych okrętach czy zniszczonych statkach floty kosmicznej. Czułam teraz jak powoli dopuszczają w swoj krąg Arela i jego podkomendnych, tych co odpowiedzieli... Raptem kilkanaście osób.
A ja patzyłam na nich zastanawiając sie jak ich mogę wyszkolić, gdy mam w sumie tak niewiele czasu. czy nadświadomość wystarczy...? Czy moje wspomnienia, wszystkie prowadzone walki, umiejętności jakich dane mi było się nauczyć wystarczą? Tutaj powinny.
"Generale, powinniśmy chyba złożyć wizytę burmistrzowi, by tradycji stało się zadość" - odezwał się Arel
Przywyknąć do tego jak różnymi tytuałami się do mnie zwracają...
"Co masz na myśli?" - spytałam szybko.
Wyjaśnił.
skomentuj (0)

wyśniła Noc Wiecznej Wojny


2009-11-13 14:24:28 >> odchodzili

Patrzył jak odchodzili. Jak znikali w wieczornej mgle ścielącej się pomiędzy drzewami. Nie skradali się, a jednak niewiele więcej prócz szelestu ubrania było słychać. Cienie stapiające się z mrokiem nadchodzącej nocy. Tanara przeszedł dreszcz. Obecność podkomendnych Issy, zwłaszcza tych niedawno zerbowanych napawała jego ludzi przestrachem. On sam czuł raczej fascynację, aczolwiek nie była ona niepodbarwiona nadmiernym respektem ,może nawet lękim. Issa musiała mieć świadomość, że jej Umarli, jak nazywała ten dziwny, w odczuciu Tanara jakby nie do końca realny oddział, obniża morale. Ludzie Tanara i tak nie byli nigdy przygotowani na poniesienie klęski,na ukrywanie się i nie byli w stanie zaakceptować tych, dla których życie w lesie stanowiło codzienność. Nikomu nie przyszło do głowy, że należy szkolić żołnierzy na wypadek gdyby ich własny kraj został zaatakowany, znalazł sie pod okupacją.Brano pod uwagę rożne mozliwości od zamorskich wypraw wojennych, poprzez starcia w powietrzu po zamachy terrorystyczne, ale zawsze ich kraj miał być zwycięzki, nigdynie rzucony na kolana, tak jak teraz... Błędy pychy...
Długo wahał się nim zaproponował Issie zmianę bazy. Zdaal sobie sprawę, że oni gwarantują ich bezpieczeństwo, z drugiej strony sami mówili,że taka koncentracja sił niesie w sobie zbyt wielkie zagrożenie wykrycia. Nie zaprotestowało żadne z ich dowództwa, gdy wysłał ich na tereny Emmeret.
Emmeret  - ziemie, które podbito kilka wieków temu, których mieszkańcy ciągle nie mogli tego wybaczyć. Nie stanowili żadnego zagrożenia, nie zaatakowali by wojska, ale ich niechęć mogła ostatecznie załamać dcha wysłanych tam jednostek. Zresztą przy braku łączności nie miał jednostek, które byłyby w stanie skutecznie patrolować tamte ziemie, tamte puszcze. Nie umiał powiedzieć co myślało dowództwo Wilka, gdy przedstawił im ich misję. Zaakceptowali ją, tak jak zaakceptowaliby każde inne niebezpieczne zadanie.
"Melduję wyjście straży tylnej komanda Wilk" - przed Tanarem stał Tańczący na Skrzydłach Wolności.
Tanar oddał salut, przyjmując meldunek, chciał powiedzieć jakieś ciepłe słowa pożegnania,ale głos zamarł mu w gardle, w grupie Tańczącego zobaczył Nikę, siostrę pani prezydent. Nie tylko on ją zobaczył. Nija szybko podeszła do swej siostry. Patrzyła na jej drobną, szczupłą sylwetkę przepasaną pasem z nabojami.
"Nika... to szaleństwo..."
"Nie. Będę uważać, wiem, że nie mogę być dla nich ciężarem, ale przydam im się. Zresztą wśród Umarłych są takie jak ja, równie marnie walczące... Dam sobie radę. Jestem negocjatorką, przydam się, zwłaszcza, że wysyłacie ich do Emmeret... - Nika spojrzała w oczy siostrze - chcę być z nim, chcę iść jego drogą, nie rozumiesz tego?" - spytała niemal niesłyszalnym szeptem.
Nija westchnęła ciężko, cóż mogła powiedzieć, sama wbrew prawu związana ze swym szefem slużb specjalnych?
"Rozumiem" - szepnęła tylko przygarniając Nikę do siebie - rozumiem.."
"Dziekuję Sostrzyczko, nie przyniosę ci wstydu" - obiecała poważnie Nika, szybko, ukradkiem starła łzy, które zamgliły zdradziecko jej oczy.
"Możemy ruszać?" - pytanie Tańczącego do niej.
Zawstydzona tylko skinęła głową.
Czuła długo jeszcze spojrzenie swej siostry, wiedziała, że nie rozpłynęła się we mgle tak jak jej towarzysze broni. Towarzysze broni... Tak dziwnie brzmiało to w jej myślach, tak nierealnie, a przecież prawdziwie.
Nika wciągnęła wilgotne leśne powietrze, żegnając ostatni raz życie jakie znała. I tylko jedna myśl kołatała jej po głowie - 'NIE ZAWIEŚĆ'.
skomentuj (0)

wyśniła Noc Wiecznej Wojny


2009-10-14 09:43:01 >> Richard

Tępy, pulsujący ból. Miał wrażenie jakby ktoś zwalił mu tonę skał na głowę, a może to efekt jakiejś szalonej imprezy? Z trudem dźwignął się na rękach starając się przypomnieć sobie ostatnie wydarzenia. Na razie jednak musiał się zadowolić tym, że udawało mu się utrzymać równowagę w przyklęku. Im bardziej docierała do niego okolica tym bardziej pomysł, że ostatnimi wydarzeniami przed utratą przytomności była zabawa, wydawał mu się nierealny. Był na skraju leśnej polany. Wysmukłe brzozy zdawały się sięgać w próżnej pogoni za słońcem ciężkich szarych chmur. Gęste kępy trawy wokół niego pozlepiane były skrzepłą czerwienią. Sięgnął dłonią do obolałej głowy, włosy miał również posklejane, nie udało mu się jednak wymacać rany, choć nie wątpił już teraz, że musiał porządnie oberwać, pod delikatnym dotykiem palców budził się fale bólu.
Ostatnia rzecz jaką pamięta...? Z lekką paniką stwierdził, że z obrazów, dźwięków, rozmów, które podsuał mu jego obolaly umysł nie umie wybrać ostatniego. Może to była rozmowa w kawiarni z Deyną, a może wspólny poker z przyjaciółmi, a może jeszcze długi wieczór o smaku kawy nad papierami w pracy, a może cicha obserwacja mieszkania podejrzanego.
Zaczął przeszukiwać swoje kieszenie. Żadnych dokumentów, telefonu, portfela. Kaburę od służbowego rewolweru tez miał pustą. Czyli napad. Tyle tylko, że nie mógl ze swych wspomnień wyłowić obrazu tego miejsca. Może go tu po prostu przywieźli? Tylko czemu zostawili żywego? Ktoś ich spłoszył, ale jego widać nie znalazł... Kiedy już ustalił możliwy przebieg zdarzeń poczuł się trochę raźniej, mial nawet wrażenie, że ból jakby zelżał.
Jedyne co mu pozostawało to wybrać jakiś kierunek, zdając się na intuicję i iść tak dlugo aż znajdzie pomoc, choćby w postaci możliwości nawiązania kontaktu z kimkolwiek. Albo aż padnie. Rozejrzał się jeszcze raz - mejsce nie wyglądało na bardzo dzikie, to dawało nadzieję. Obszedł polanę szukając śladów. NIC. Jedyne wyjaśnienie jakie przychodziło mu do głowy to zostanie przerzuconym przejściem. Rzecz jasna  w grę mógł jeszcze wchodzić doświadczony tropiciel zacierający za sobą ślady, ale jakoś to pierwsze wydawało mu się bardzej prawdopodobne. To naprawdę go zaniepokoiło. Nie posiadał za bardzo magicznych umiejętności, na pewno nie na poziomie otwierania przejścia. Dużo czuł, zauważał, to wystarczało do bycia niezłym dedektywem. Przez kilka lat życia w OrienZaa nauczył się rozumowania w kategoriach magii, ale to nadal nie oznaczało, że jest w stanie jej skutecznie używać. Może dlatego wolał pozostać psem gończym niż stać się łowczym. Wiedział, że zwłaszcza w oddziałach Issy stanowiłby bardziej ciężar i zagrożenie. Nie był ani komandosem, ani magiem i  to nawet jeśli używalo się najszerszych definicji obu terminów.
Issa... Kiedy ją widział ostatni raz? Rok temu, dwa? Na froncie to cała wieczność. Ale liczył, że brak informacji to dobra informacja. Potężna organizacja jaką stworzyła dziewczyna działała niezależnie od jej losu, zwłaszcza od kiedy znalazła właściwego zarządcę na czas swej nieobecności, kogoś kto lubił to robić i zupełnie nie tęsknił za narażaniem własnego życia ani za wojną, a jednocześni był w stanie ogarnąć mnogość konfliktów, spraw i istot, które stanowiły organizm organizacji.
Tak, gdby mógł się z nim skontaktować wszystko byłoby proste... Ale nie miał przy sobie nawet nieśmiertelnika, ktory był swoistym znakiem identyfikacyjnym i jednocześnie sam w sobie kodem energetycznym i na umożliwiał wysłanie sygnału alarmowego do bazy.
Czyli teraz jedyne co mógł zrobić to powoli iść przez las, wypatrując jakiejś ścieżki, czegokolwek co moglo zaprowadzić go w jakieś ludzkie skupiska.
Na razie był tylko uginający się pod stopami mech, zapach wilgoci, zapach jesieni, niesmiałe głosy ptaków.
Nie wiedział jak długo szedł, nie wiedział kiedy zapada tu zmierzch i nie sposób było tego w tej szarówce ocenić. Na szczęście nie było zimno. W końcu zmęczenie zmusiło go by usiadł. Oparł się ciężko plecami o pień drzewa. Ktoś chciał się go pozbyć i skutecznie to zrobił. Nawet nie musiał go poważnie ranić, ani zabijać. Doświadczenie uczyło, że ci, którzy kierowali się jakimiś zasadami popełniając przestępstwa byli najgroźniejsi, nawet jeśli zwykli oszczędzać życie swym ofiarom, bo to oznaczało,że prowadzą jakąś wyższą bardziej skomplikowaną grę...
Czemu go oszczędzili? Półglosem wypowiedział to pytanie i odpowiedź przyszła do niego niczym cios w twarz. Nikt go nie oszczędził-teraz był tego pewien. Pamiętał strzał w tył głowy. Znowu dał się zastrzlić. Tylko teraz nie ma obokniego pobliznowanej uzdrowicielki  o komandowskich manierach. Jest sam.

skomentuj (1)

wyśniła Noc Wiecznej Wojny


2009-10-09 08:43:43 >> granica oczyszczenia

Tums nie mogła zasnąć. Patrzyła w ciemność. Jej myśli krążyły wokół słów Mortimera 'jesteś dla mnie najważniejsza'. Dokładnie to powiedział, gdy próbowała go przekonać, by jej nie łatał, bo inni bardziej potrzebują pomocy. Ona dla kogoś najważniejsza... Ona przeklęty dowódca, który był chyba zbyt dobry i zbyt niewdzięcznym odcinkiem frontu dowodził, by chciano go zdegradować. Najważniejsza... Pierwszy raz w życiu słyszała te słowa skierowane do siebie. Czemu to proste zdanie rwało jej osłony na strzępy, czemu stawała się nagle tak bezbronna?
Wstała bezszelestnie. Rozmowa, którą powinna odbyć wiele dni temu, na którą nie mogła znaleźć czasu, nie chciała go znaleźć. Wiedziała, gdzie szukać Issy. Chłód jesiennej nocy, wilgoć wisząca mgłą w powietrzu. Odległy huk huraganu. Milcząca obecność Umarłych. Nawet Odłamowcy czuli się nieswojo w ich towarzystwie. Ludzie Talamira przenieśli swoje obozowisko na drugą stronę ruin bunkrów, podkomendni Tanara niechętnie wychodzili z podziemi. Tums wiedziała, że Issa i jej Upiory wkrótce stąd odejdą. Choćby dlatego,że taka koncentracja sił pomimo potężnych osłon mogła zwrócić uwagę. Nie należy kusić wroga, którego potęgi do końca się nie zna.
Ogniska dające niewiele światła i ciepła,zapach dymu. Issa siedziała otulona nim, czyściła broń, ale jej tu nie było. Tums odgadywała to z jej oczu, z niezwykle precyzyjnych ruchów jej dłoni.
"Witaj, Siostro w Śmierci" - odezwała się podchodząc do Wilczej Tęsknoty.
"Witaj" -uśmiechnęła się, jakby obudzona ze snu, wskazała jej miejsce obok siebie.
"Czy śmierć jest oczyszczeniem?"- ciche pytanie Tums
"Jeśli zechcesz by nim była. Nie dla nas łaska zapomnienia, ale nie musimy odbierać sobie łaski wybaczenia, szansy by zacząć wszystko raz jeszcze, od nowa."
"Myślisz, że zasłużyłam na to?"  - pytanie niemal niesłyszalne
"Zasłużyłaś, Siostro. Nie broń się przed jego miłością"
"Jego miłością? - powtórzyła pozornie chłodnym tonem, choć przecież oszukiwanie empatki nie miało żadnego sensu -Mortimera?!" - wbrew sobie wstrzymała oddech.
Issa spojrzała na nią, w jej oczach lśniły płomienie ogniska.
"Przestan pokutować za to co nigdy nie było twoją winą. I uwierz, żeś warta miłości."
Tums spuściła wzrok.
"Ty jesteś Aniołem, tobie łatwiej..." - wiedziała, że to co mówi jest kłamstwem, ale po ostatnich wydarzeniach czuła pełen szacunku dystans do Issy.
Wilcza delikatnie ale stanowczo zmusiła, by dziewczyna spojrzała w jej oczy.
"Anioła gwałci się dokładnie tak samo jak wilkołaka.- ciche gwałtowne słowa - masz szansę zemścić się na swych oprawcach. Ostatecznie odrzucić ich i ból jaki ci zadali." - Issa wstała, wzięła za rękę Tums. Ta dała jej się poprowadzić bez słowa. Granica spokojnego serca huraganu. Krok w burzę. Wściekły wcher szarpiacy ich włosy, ubrania, zwalający na kolania.
Strugi deszczu spływające po skórze, okruchy lodu kaleczące do krwi.
W dłoniach Issy zakwitł płomień.
"Wściekłością żywiołów, czystością ich potęgi, mocą Gai zwracam ci wolność. Odbieram twe winy wobec ciebie i świata. Jesteś czysta, jesteś niewinna. Spal na wietrze okruchy kajdanów,Wichrze Południowy Skryty Wśród Zaklętych Skał" -słowa Issy, tętniące mocą, przepłnionę energią, wykrzyczane w rytm bezlitosnego tańca żywiołów.
"Niech tak się stanie" - szept Tums
Krople krwi spływająe po dłoniach obu dziewcząt.
"Chodź, Siostro" - Issa przygarnęla do siebie Tums i razem wróciły do ciszy obozowiska.

Usiadły przy ogniu, który zdawał się płonąc jaśniej. Issa podała Tums metalowy kubek z herbatą. Wilkołaczka przysięgłaby, że nigdy nie piła lepszej herbaty...


skomentuj (0)

wyśniła Noc Wiecznej Wojny


2009-07-29 13:00:57 >> Anioł Wolności

„Wilcza…” – patrzył w jej oczy, próżno szukając słów. Co miał jej powiedzieć? Oboje wiedzieli jakie ryzyko podejmuje, oboje wiedzieli, że ma małe szanse zarówno ona jak i reszta Odłamowców ujść z życiem i oboje wiedzieli, że to jedyna droga, by oddziały Szaena miały szansę się wycofać a nie dać się rozstrzelać.

Tańczący tyle chciał jej powiedzieć, ale czuł, że wszystkie słowa będą puste, niepotrzebne, więc tylko jej zasalutował. Odpowiedziała, delikatnie uśmiechnęła się, jakby chciała mu powiedzieć by się nie martwił…

„Wy też dużo ryzykujecie” – powiedziała tylko, odczytując z jego oczu poczucie winy, że ich tu zostawia – jeśli będziemy sami użyjemy naszej magii, nie ograniczając się. Mamy szansę.”

„Kogo chcesz przekonać siebie, czy mnie?” – spytał gorzko

„Do zobaczenia, Przyjacielu” – odpowiedziała tylko.

 

Wiedział, że patrzyła za nimi, gdy zaczynali zajmować pozycje, z których rozpoczną odwrót. „Przeżyje. On przeżyje, na pewno.” – odezwał się Kruczoskrzydły, podchodząc do niej. Blado uśmiechnęła się do niego.

Wilkołak popatrzył na swoich ludzi – raptem 7 osób. 7 osób, które ma powstrzymać kilkaset. Musiał liczyć się z tym, że przynajmniej niektórzy z atakujących będą odporni na moc Śmierci.

Poczekał aż oddziały Szaena i Tańczącego zaczną się cofać w rytm upiornego stacatto karabinów maszynowych, przerywanego czasem hukiem rozrywającego się pocisku wystrzeliwanego z przeciwpancernych dział. Wróg nie szczędził amunicji. Przeraźliwe wycie rakiet przelatujących nad nimi, by razić śmiercionośnym ładunkiem ich przyjaciół. Kruczoskrzydły czubkiem szabli nakreślił znak na ziemi, rozciął swoja dłonią. Krople krwi wsiąkające w gruz, przyzwanie. Śmierć zatańczyła na dłoniach, na broni Odłamowców, ciężkim całunem przykrywając atakujących. Zamilkły karabiny, nagła cicha zwielokrotniła huk wybuchających rakiet, wystrzeliwanych ze zbyt daleka, by moc rytuału mogła sięgnąć obsługę.

Issa zdążyła tylko gestem wskazać barierę, nim ta pękła zasypując wilkołaki nienawiścią wirów, nienawiścią tnącą srebrnymi ostrzami ich ciała. Każdy krok okupiony krwią, każdy ruch opłacany bólem. Zamazany znak wirem powietrza przesyconego okrucieństwem, rozwiewający się rytuał. Morze metalu, morze umierania…

„Zwiewamy!” – rozkaz Kruczoskrzydłego, niewykonalny rozkaz, gdy Wiry nie dają sięgnąć do Królestwa Śmierci.

„Issa, pomóż mi!” – warknął do dziewczyny. Ona potrząsnęła głową rozchlapując krew, która spływała jej po twarzy.

„Nie ma szans. Może gdzie indziej… Tam się nie dostaniemy.”

Jej słowa skończyły się przekleństwem gdy celna kula rozorała jej ramię.

Kruczoskrzydły doskoczył do niej, przez chwilę miał wrażenie, że dziewczyna traci przytomność, ale on z trudem dźwignęła się na kolana.

„Nie wychylaj się za osłonę, Iss!”

Tylko się uśmiechnęła, wstała otulona płaszczem swej mocy, osłonami wirującymi wokół niej i zawyła. Wilcze wycie dobywające z ludzkiego gardła, wycie przenikające ciało, sięgające w głąb duszy, przedziwna pieśń, na którą  żaden z wilków ni umiał pozostać obojętny. Czuli szalony przypływ sił, energii, tak niedorzeczny w połączeniu z ich poranionymi ciałami, czuli jak budzi się w nich płomień walki, wola walki, czuli jak unoszą ich skrzydła wolności… Słyszeli krzyki ze szturmujących ich oddziałów, krótkie serie wymiany ognia między niedawnymi towarzyszami broni. Ci oszukani nie mogli pozostać obojętni na Pieśń Wolności, na moc Anioła.

Szelest wielu kroków, szelest wielu oddechów, szept ubrań. Widma, widma kręgiem stanęły wokół Odłamowców. Armia upiorów, odpowiadająca na zew wolności, na wezwanie skrwawionego Anioła Wolności.

„Idziemy!” – rozkaz Issy.

Ruszyli, garstka poranionych, ledwo żywych wilków, dumnie choć z trudem idących i Armia Cieni osłaniająca ich.

„Chyba właśnie zasłużyłam na rozstrzelanie, jak Tanar to zobaczy…” – mruknęła Issa, chyba pod wrażeniem tego co dokonała – chciałam tylko by atakujący nas zawahali się… a nie ściągać tutaj tych co poginęli za wolność…”

„i nadal chcą za nią walczyć – dopowiedział Kruczoskrzydły – nie ściągnęłaś ich, sami odpowiedzieli na twoje wezwanie. Są tylko cieniami, wątpię by mieli wyraźne wspomnienia, raczej tylko pamiętają za co oddali życie, to tylko emanacje duchów… Ale ci, którym nadasz imiona, wyodrębnią się, uzyskają pewną autonomię. A co do rozstrzeliwania – wątpię czy ktoś tu jest aż tak nierozsądny by wydać wyrok na kogoś za kim stoi armia upiorów.” – mimo zmęczenia w jego głosie cień rozbawienia.

 

„Pani…” – jedno z widm podeszło do Issy – jesteś ranna, a ja jestem uzdrowicielem…”

„Zajmij się moimi ludźmi” – odpowiedziała, chwilę na niego popatrzyła, szary, wyblakły mundur, szarojasne oznaczenia nic nie mówiące, podobnie jak na półcienista twarz chłopaka.

„Alcyon” – odezwała się nagle

Strój uzdrowiciela pociemniał zielenią, opaska na ramieniu zaniebieszczyła się.

„dziękuję, Pani…”

Podszedł do jednego z ledwo idących wilków, by wspomóc go swoja energią, by swą magią zatamować krwotoki…

 

Znajome ściany otulone bluszczem, widoczne przez bramę utworzoną w ścianie huraganu.

Przekroczyli ją. Uzdrowiciele i lekarze wybiegli im na spotkanie, Issa gestem powstrzymała kogokolwiek by do niej podchodził. Odwróciła się do zgromadzonych Cieni.

„Witajcie…”- zanurzyła dłonie w sploty rytuału, odczytując w nich ich imiona. Apel poległych przywracający do życia. Setki imion, tytułów, stłumione cieniste barwy jaśniejące, ciemniejące, blask oczu jakby właśnie otworzonych po przebudzeniu.

 

‘To ją zabije…” – jedna, jedyna myśl Kruczoskrzydłego. Tego typu rytuał byłby niebezpieczny zawsze i zabójczy dla kogoś poranionego, wyczerpanego, tak jak ona… Ona zginie… Odepchnął Amimię, która zamierzała go opatrzyć, trwał wpatrując się w Issę, jakby wzrokiem chciał jej dodać sił, nie mogąc oderwać oczu od jej coraz bledszej twarzy, od strużki krwi spływającej z kącika jej warg. Ale nie mógł przerwać Rytuału… Mógł tylko bezsilnie patrzeć jak rośnie Odczyt na jego ukochaną.

Ostatni… to już ostatni… Zakończenie rytuału. Zachwiała się, rzucił się ku niej gotów ją złapać, nim dotknie ziemi, ale dziewczyna nie upadła, wyprostowała się. Kruczoskrzydły zastygł zdumiony gdy poczuł przysięgę składaną przez Cienie, gdy Widmowa Armia hojnie poiła swojego dowódcę swą energią, swymi świeżo obudzonymi uczuciami, ślubując jej wierność…


skomentuj (1)

wyśniła Noc Wiecznej Wojny


2009-06-08 22:36:09 >> wsparcie

Powoli docierała do niego świadomość, że gdyby miał taką możliwość rozważałby kapitulację... Coraz częściej przeczuwał też swoją decyzję, gdy jego spojrzenie przesuwało sie po rannych. Ilu z tych konających możnaby uratować? Gdyby tylko mieć jakiekolwiek środki opatrunowe, gdyby tylko mieć jakiś cień medycznego sprzętu dla jedynego lekarza jaki im został... Drgnął gdy jego spojrzenie natrafiło zmęczone, pełne rozpaczy oczy właśnie tego jedynego.
"Proszę wybaczyć, Generale... w zaistniałych warukach nie jestem w stanie..."
formułka, formułka szeptana przez bezkrwiste wargi, których bladość przeczy płonącym gorączką oczu
"Będziemy walczyć do końca, jakieś wsparcie musi w końcu nadejść, nawet jeśli ten atak zaskoczył wszystkich" - odpowiedział tylko genrał Szaen.
"nie zawiodę, sir" - jedyna odpowiedź jaka mogła paść.
Szaen tylko pokiwał głową i opuścił prowizoryczny szpital polowy, by zająć swoją pozycję pośród gruzu niegdyś będącego jednym z rządowych budynków.
Kimkolwiek był wróg nie mógł być tak potężny, by obrócić potęgę ich kraju w pył... By nie było szansy na wyrwanie się z okrążenia... Odseicz przecież musi nadejść. Nawet jeśli zawinili pychą i nie przewidzieli, że może spaść na nich tak miażdżące uderzenie... Czy teraz też popełnia ten sam błąd... I tylko pycha  poddaje logiczne podstawy dla irracjonalnej nadziei?

Wsparcie. Podobnie jak wróg nadeszło niespodziewanie. Nie umiałby powiedzieć jak przedarli sie na ich pozycje ci ludzie, jak się tu pojawili... Szaen jak zaczarowany patrzył na przybyłych, gdy strząsali krew z ostrzy swych szabli i mieczy. Wielu z nich nie miało karabinów, tylko broń białą i osobistą. Ale jednocześnie Szaen nie miał cienia wątpliwości, że ta banda straceńców jest oczekiwanym, wymodlonym wsparciem.
Podeszły do niego trzy osoby - dowódca i jego adiutanci zapewne, a właściwie  - jej. Drgnął patrząc z niedowierzaniem na wiek dowodzącej oddziałem dziewczyny - mogłaby być jego córką, a przecież jej ruchy, podobnie jak towarzyszących jej oficerów zdradzały nie żołnierzy a komandosów. Szaen znał procedury i domyślał sie, że dziewczyna musiała mieć za sobą minimum 6 lat treningów i misji. Czyli.. Mikael rekrutuje dzieci?? Nie spodziewąłby sie tego, ale w sumie nie znał Mikaela.
"Oddział specjalny "Wilk" melduje się" - głos dziewczyny przerwal jego myśli
Oddział specjalny, czyli podlegali Mikaelowi.
Wilk? Nie słyszał o żadnym takim. Nie mieli oznaczeń rangi na mundurze, ale wszyscy nosili ten sam znak - odcisk wilczej łapy.
"Miło was widzieć... mamy rannych... wielu rannych..." - popatrzyl na nich z nadzieją, może mają jakieś leki ze sobą.
Dzkiewczyna skinęła głową, wskazała kilku swoich
"zajmiemy się nimi. Postaramy się pozbierać kogo się da" - to już było do jej podkomendnych nie do niego.
"a potem wycofamy się stąd razm z wami" - dodał dotąd milczący jeden z jej przybocznych
Drugi, o długich czarnych kręconych włosach, tylko dziwnie sie usmiechnął. Nie był to przyjemny usmiech.
skomentuj (0)

wyśniła Noc Wiecznej Wojny


2009-05-21 10:37:50 >> ogrody popiołu

Powoli odsunęłam zasłonę. Cienie światła z korytarza oświetliły pokój. Leżał na łóżku, ale nie spał, widziałam matowy blask jego oczu. Zasłona czernią opadła za mną. Podeszłam do niego, szukając odpowiednich słów, uczuć... Tyle razy prowadziłam takie rozmowy i za każdym razem było mi równie trudno wyrazić to co chciałam przekazać.

Usiadłam na krawędzi łóżka. Nie zareagował, ale wiedziałam, że mnie rozpoznał i wiedziałam, że tylko zagrożenie zmusiłoby go do działania.

"Mikael...?"

 

Ktoś go wzywał. Jego imię wibrujące dziwną energią wśród pustki jego myśli, w jego spopielonej duszy... Pustka była brakiem, nie dawała ukojenia, ale nie zadawała też cierpienia, istniała i akceptowała by on też w niej istniał, nie przeżywając ciągle wszystkiego od nowa, nie dręczony świadomością potrzeby działania, nie atakowany przez poczucie winy...

Wolał tak pozostać, tak trwać... Skoro nic prócz trwania mu nie pozostało. Ale głos nie dawał spokoju, nie pozwalał na to, burzył pustkę, przepłaszał ją bezlitośnie, a jednocześnie wibrował ciepłem, przyjaźnią... spokojem... Nie było w nim lęku ani winy...

Zmusił się by jego wzrok zaczął znowu rejestrować miejsce w którym fizycznie był, a nie popiół rzeźbiony wiatrem. Drgnął mimowolnie gdy zdał sobie sprawę, że patrzy w idealnie czarne oczy. Oczy pełne współczucia i przyjaźni.

Issa.. Uzdrowicielka... Ta, która przeszła przez piekło tortur i umiała, była wstanie żyć dalej. Skoro tu była, może i dla niego jest też nadzieja? Tylko... jak? jak po nią sięgnąć? Jak znaleźć dość sił by jeszcze raz choć w minimalnym stopniu zaufać innym, światu, sobie?

 

"Ty... ty potrafisz normalnie żyć, po tym co ci zrobili? jak??"- wyszeptał, jego własny głos zabrzmiał dla niego obco.

"Normalnie żyć? - lekko się uśmiechnęła, może trochę smutno- potrafię walczyć i potrafię kochać... to wystarczy. - zawahała się - Mikael to co przeszedłeś cię zmieniło i ze zmianami nie ma sensu walczyć, można jednak nimi pokierować, by dały ci siłę, a nie słabość..."

"Issa... nie wiem... nie wiem, czy im nie powiedziałem czegoś... nie pamiętam..." -urwał

"Wymagasz od swoich ludzi b wytrzymali ile dni tortur?"

"Optymalnie dobę... Ale zawsze mają fałszywe namiary, dane. One im dają wytchnienie a nas alarmują i dają czas na zmianę kodów, haseł.. adresów..."

"Potępiłbyś kogoś ze swoich, że zaczął mówić?"

"Nie..."

Nie musiała odpowiadać, wyczytał odpowiedź z jej oczu, z jej uśmiechu.

I nagle dotarło do niego, że dowódca innego oddziału specjalnego go rozumie, nie potępia.

Zapatrzył się w jej oczy lśniące czernią, w jej uczucia, które tak wyraźnie odbierał, które widział wielobarwnymi nićmi wokół niej.

"Należę do ciebie? Powiedziałaś Śmierci, że należę do ciebie?" - wyszeptał nagle

"Należysz do siebie. Obawiam się jednak, że spadła na ciebie klątwa wiecznej wojny. - odpowiedziała cicho - nie szukaj więc ukojenia w śmierci bo znajdziesz tylko kolejny front..."


skomentuj (0)

wyśniła Noc Wiecznej Wojny


2009-04-25 01:07:55 >> Tanar

Tanar w milczeniu patrzył na zgromadzonych w okoł niego oficerów. Garstka, kilka osób... Szef sztabu ponuro rozejrzał się raz jeszcze po niewielkiej sali jakby miał nadzieję ujrzeć swoją główną kwaterę i swoich podkomendnych a nie głównie dowódców Issy.
"Musicie zdjąć tarczę, potrzebuję łączności, nie jestem w stanie stwierdzić co dzieje się w kraju" - odezwał się wreszcie.
Kruczoskrzydły rozwinął mapę.
"Czego potrzebujesz wiedzieć?"
"Nie żartuj sobie ze mnie" - warknął Tanar, nie przepadał za tym czarnoskrzydłym szaleńcem.
"Podejrzewam, że dysponuję lepszym wywiadem niż ty i mogę ci udzielić wielu odpowiedzi. Sugerowałbym nie osłabiać osłon. Atak tutaj miałby dla nas tragiczne skutki. Z kim potrzebujesz się skontaktować? Nasi worgowie zajęli główne miasta. Aresztowali tysiące ludzi. Torturuja ich i dzięki ich energii karmią Wiry, które dają im ochronę w zamian za pożywienie. Sugerowałbym by na początku przeprowadzić kilka, kilkanaście akcji poodbijania więźniow, dla nich to będzie dotkliwa strata, dla nas... jest to obwiązkiem."
"Wilkołaku, jak niby chcesz ich odbijać bez łączności z innymi oddziałami?"
Kruczoskrzydly zaznaczył na mapie kilka miejsc.
"Tutaj sa główne zgrupowania waszych sił, możemy  z nimi nawiązać łączność, ale lepiej nie zwracać na siebie zbyt dużej uwagi..."
"Oni nas zmiażdżyli w jedną dobę???!!" - nie wytrzymał szef sztabu
"Tylko jeśli zechcecie czuć sie pokonani" - odezwał się kobiecy głos od drzwi. Wszystkie spojrzenia powędrowały  w jej stronę.
Czerń munduru podkreślała bladośc jej twarzy. dziewczyna uśmiechnęła sie lekko w dopowiedzi na pełne uwielbienia spojrzenia swoich ludzi.
Usiadła obok Kruczoskrzydłego, podkuliła nogi, oparwszy brodę na kolanach, odezwala się.
"Kontynuujcie..."
"To ty kontynuuj, Pani" - Tanar nie umiał do niej zwracać się inaczej.
"Nie zostaliście pokonani. Nie poniesliście nawet dużych strat. Rozumiem, że utrata łączności jest dla was stresującą niedogodnością..."
"Potrzebuję spotkac się z moimi dowódcami, liczę, że zapewnicie mi to."
"Tak" - stwierdził spokojnie Kruczoskrzydły
"dziękuję" - rzucił niechętnie
Wilkołak zaczął relacjonować mu uzyskane informacje. Tanar wolał nie wiedzieć skąd on to wszystko wie. Dręczyło go jeszcze jedno pytanie - jeśli jego sprzymierzeńcy widzą tak wiele i nie są w stanie pokonać wroga...
Wiedział, że Nija tez sobie to uświadomiła, ale wiedział też, że umysł Niji zaprząta coś, a raczej ktoś inny.
Widział jak po skończonej naradzie, pani prezydent podeszła do Issy, chwilę rozmawiały nim Issa wyszła równie bezszelestnie jak przyszła.

"Pani..." - czyjś głos zatrzymał mnie na korytarzu. Odwróciłam się w stronę mówiącego i w tym momencie on runął na kolana, zanim zdążyłam wyczuć, instynktownie przypadłam do niego, by sprawdzić co z nim.
"Pani.... chciałem tylko podziękować ci za ocalenie życia i duszy..."
Rozpoznałam go... Dopiero teraz.
"Wstań" - odezwałam się miękko
"Pani... moja dusza i życie należą do ciebie..."
"Nie, Uzdrowicielu... Należą do ciebie. Ale ja będę ci wdzięczna, jeśli nam pomożesz... Chcę jednak bys wiedział, że możesz odejść..."
"Nie mam dokąd, Pani" - odezwał się cicho
Tylko smutno usmiechnęłam się do niego.

skomentuj (1)

wyśniła Noc Wiecznej Wojny


2009-03-23 20:24:58 >> dom

Varceny był w domu. Czuł to, gdy tylko przekroczył Bramę. Osłonieni ścianami huraganiu ludzie rozbili obozowisko tez na górze, zostawiając kalustrofobiczne zdaniem niektórych podziemia dla rannych i miejscowych. Ludzie Issy, to było widac po ich twarzach, po blasku ich oczu... Oni wiedzieli, że czas żaloby jest krótki, czas jest niewiele... Varceny znał zasady, wiedział, że albo znajdzie się śmierć w kolejnej walce, albo niezależnie od ogromu cierpienia i straty ból sie przepali na tyle, by na twarzy pojawiał się cień uśmiechu, gdy myśli przyciąga ogień i zapach strawy...
Varceny rozejrzał sie po obecnych, choć Kruczoskrzydły już dawno wszedł pomięzy zrujnowane ścianki budynku. Podświadomie Kangianthi szukał dawnych towarzyszy broni, dwanych przyjaciół. Jego spojrzenie spotkało się z zielonymi oczyma jakiegoś rudowłosego chłopaka, ciekawe na ile swiadomego, że tulacy się do niego wilk to wilkołaczka...Varceny dostrzegł cień czegoś znajomego w spojrzeniu tamtego, ale tamten go nie rozponał. Rozmyslani przerwał Kangianthemu atak... nie do konca atak, a gwałtowny przyjacielski uścisk, którego prawie uniknął. Sęk w tym prawie, wyladował na ziemi, a sporych rozmiarów brązowy wilk przejechał mu ozorem po twarzy, najwyraźniej wychodząc z założenia, że jak nie chce przywitać się z nim  jako z cżłowiekiem, to z wilkiem zechce.
"Tańczący, ty tutaj??!" - Kangianthi
"tak, dałem się zabić, jeśli o to pytasz" - odpowiedział wilk wracając do ludzkiej postaci, pomógł przyjacielowi wstać.
"kto to ten Rudy?" - spytał Varceny
"Rudy, to marna identyfikacja, to działało u nas, czy pewnie u was - dodał patrząc na mieniace się kolorami metalicznej tęczy czarne włosy Kangianthich - ich połowa o takim ubarwieniu. Kapitan, częśc naszych nie wiem czemu nazywa go El Capitano, na imię ma Talamir. Roztrzelali go i jego ludzi, Issa ich wyciągnęła..."
"Nie są normalni... ich moc...?"
"Powiedziałem, że ich rozstrzelali, nie, że mieli wyrok smierci" - wyjaśnił Tańczący
"Przysiądź sie do ognia, wraz ze swymi, chyba, że któres z was potrzebuje uzdrowiciela, ci są na dole..."
"Martwię się o Issę, nasza uzdrowicielka..."
"wasza uzdrowicielka nie jest Wyrocznią Życia" - odpowiedział z uśmiechem Tańczący

skomentuj (0)

wyśniła Noc Wiecznej Wojny



wilczkablog

ksiega gosci

2012
kwiecień
marzec
styczeń
2011
grudzień
październik
wrzesień
czerwiec
maj
kwiecień
luty
styczeń
2010
listopad
lipiec
kwiecień
marzec
styczeń
2009
listopad
październik
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2008
grudzień
październik
wrzesień
lipiec
czerwiec
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2007
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
2006
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2005
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2004
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2003
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2002
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty


Ściezki w nieznane
arwen
rivendell
Czasy Ciemności
Miya, Tańcząc Pomiędzy Światami
Elfia Wojowniczka
Koci Świat
To co uchwycone
Pani Obrazów
irlandzka opowieść
po prostu Fianna
Arwena
Biala Ksiezniczka
elfia opowiesc
lzy driady
Ksiaze Mroczej Puszczy
Luczniczka
Pani Doliny Mgiel
Niezapomniane
Zaklecie Ciszy
Aniol Ostatniej Nocy
Pani Wojny i Milosci, Pani Zemsty
Kaplanka Przeznaczenia
Krople Deszczu
Strazniczka Tajemnicy
Archaniol Tajemnic
Dziecie Gai i Euthanatosow - Corka Zielonookiej
Siostra Jednorozcow
Dwie Dusze Jedno Cialo
Rycerz Rozy
Obroncy Twierdzy
Ta Ktorej Haldir oddal smierc
po prostu estel
druga twarz Carmen Wilcze Plemie
wilcza siostra w Milczeniu
tragiczny los siostry w Ksiezycu
historia Czerwonego Szpona
Plomien Zapomnianych Kurhanow
naprawde wolny...
irlandka
trzezwe spojrzenie na swiat...
galiardzka opowiesc
Wilk Stepowy
metys
czeczenski wilk
Droga Zywiolow

wodna przyjaciolka
drapiezny Futrzak rozwiaze wszystkie problemy od pazurzastej reki


warto zajrzec
mist na prawde warto
viviane niesamowity, brak słów

sidh
kriss valnor kocha wilki
eryk dziwnie...
Arwena

{smscontact}